Adres: Musivum
Autorka: Ome
Tematyka: psychologia; humanistyka; LGBT – zbiór tekstów autorskich
Oceniające: Elektrownia, Forfeit i Skoiastel, z pomocą Leny
Musivium to przyjemny kącik literacki dla
każdego i nie ma tu mowy o jakichkolwiek problemach technicznych czy
logistycznych; szablon jest estetyczny, wszystko znajduje się na swoim miejscu,
a psuć odbiór może jedynie niewyjustowany tekst w prawej kolumnie (szczególnie:
„Ome”, „Ostrzeżenia/zachęcenia” i „Inspiracje”). Czasem justowanie w kolumnie
informacyjnej nie wygląda dobrze, bo przerwy między wyrazami wydłużają się
przesadnie, ale warto poświęcić tym wersom kilka minut i dostosować tekst –
chociażby zmienić wykorzystane słowa na inne, które długością równomiernie
wypełnią ramkę.
Gadżet „Ome” w ogóle wydaje się zbędny,
gdyż opisałaś siebie w jednej z podstron. Archiwum też jest niepotrzebne, skoro
masz etykiety oraz dużo wygodniejszy spis treści, w którym porządkujesz posty
według serii i daty publikacji.
Jeżeli mowa o pierwszym wrażeniu, to
zdecydowanie psuje je za mała interlinia w postach i na podstronach. Część
oceniających nie czytała na blogu, a kopiowała notki do Worda, tam ułatwiając
sobie pracę inną czcionką i szerszą interlinią. Wpisy masz długie, więc taka za
bardzo zbita ściana tekstu negatywnie wpływa na odbiór całości. No i sama
szerokość miejsca na posty… Wzrok pokonuje daleką drogę od lewej do prawej, do
czego też nie jest przyzwyczajony. Zacytuję Agatę z Wioski Szablonów:
W tym przypadku najlepiej byłoby zejść do
50% szerokości ekranu. Plus czcionka jest szeryfowa oraz interlinia jest za
mała w stosunku do wielkości i grubości fontu. Należałoby zmniejszyć nieco
szerokość tekstu, dodać większą interlinię, ale i tak największą wadą jest krój
czcionki. Wydaje się być bardzo „tłusty” i niemiły dla oka, momentami ma się
wrażenie, że to jedna wielka, tłusta linia, a nie litery. Specjalnie daję
pogląd tekstu ze zwiększoną interlinią, zmniejszoną szerokością tekstu + jeden
akapit w kroju bezszeryfowym:
W foncie bezszeryfowym tekst wygląda o
wiele czytelniej. Szczególnie jeśli spędza się na blogu całe dnie i czyta
wszystko – niektóre notki masz porażająco długie.
Tło w Inspiracjach – wygląda trochę
jak pierwsze kroki początkującego twórcy szablonów, który ustawia powielanie
niepasującego do siebie tła. Wystarczyłby jeden cudzysłów, który rozpoczynałby
się na górze ramki i kończył na dole, bo różna długość cytatów sprawia, że
całość wygląda niechlujnie. Tam również tekst powinien być justowany.
Tagi – masz ich sporo, nie lepiej by było
usunąć odstępy pomiędzy nimi i umieścić wszystko ciągiem? Jeżeli przeszkadzałby
Ci taki zabieg w bocznej kolumnie, to równie dobrze można całość umieścić pod
oknem tekstu (patrz u nas). Aktualnie tagi tylko niepotrzebnie wydłużają menu,
a niektórzy w ogóle ich nie używają, skoro mają normalny spis treści.
Banner z konkursem na Blog Roku 2015
wydaje się być przedawniony, nie sądzisz? Informacja z września również.
Dodatkowo masz już zakładkę o sobie jako autorce, więc po co Ci
taki gadżet na głównej? Trochę ją zagraciłaś.
Ze spisem treści wszystko w
porządku. Wyjaśniłaś swoje zamierzenia związane z publikacją, teksty
poukładałaś, żadne literówki się nie napatoczyły. Musivum, czyli mozaika robi
pozytywne wrażenie nie tylko wyczerpaniem tematu i wyjaśnieniem motywu
przewodniego bloga. Jesteś superpoprawna! Jezu, jak się cieszę! –
chciałoby się przyśpiewać.
Do dziesiątego lutego 2013 roku „Musivum”
istniało się na LiveJournalu – się?
Kilka słów o autorce to wcale nie kilka słów, ale nie czuję się okłamana. Widać, że lubisz się
rozpisywać, sadzić długie zdania i opisywać wszystko od podszewki, skupiać się
na detalach, lecz w tym wszystkim nie lejesz wody. Cholernie przyjemnie się to
czyta, a przecież to dopiero swego rodzaju zapowiedź. Jakoś brakło mi tu
takiego rzucenia wprost, że bohaterowie wykorzystani w tekście istnieją
naprawdę/nie istnieją. Wszak publikujesz ich wypowiedzi na Twój temat, ale ta
kwestia nadal wydaje mi się niedopowiedziana. Swoją drogą te wypowiedzi mają
naprawdę zbliżoną do siebie stylistykę językową. Z jednej strony jestem w
stanie to zrozumieć – jedno środowisko tworzy swojego rodzaju wspólnotę, jednak
aż tak podobne frazy? Czytało się to przyjemnie, lekko, ale przy
okazji tak, jak gdyby wszystko napisała jedna osoba.
Natomiast Notatnik Autorski to
świetna sprawa, takie Musivum od kuchni. Łatwo wciąga, uwydatnia
ewolucję twojego tworzenia i na pewno wspomaga realizację wszystkich założeń
dotyczących Musivum 2016. Dla pasjonatów Twojej pisaniny – wielka
gratka.
Ale hola, hola! Od trzynastego stycznia
minęło dość sporo czasu, więc poczuwam się do odpowiedzialności zmotywować Cię
do zaktualizowania tematu na podstronie; poszerz ją o nowy wpis z nieco
świeższą datą. Co nowego u Ciebie? Przecież w pół roku na pewno już zdążyło
trochę się wydarzyć. Skoro już masz taką zakładkę, zdecydowanie zasługuje ona
na update.
TEKSTY GŁÓWNE
00. PRIAMEL
Notkę przeczytałam z zapartym tchem,
podziwiając wykorzystanie i wyczerpanie prostego motywu – przeprowadzka to
idealny moment na wrzucenie nieznanego bohatera w nowy świat, a dodatkowo
zatrudnienie przyjaciół do pomocy pozwala poznać jednocześnie główne postaci.
Szczegółowość sceny również wypada pozytywnie. Wzmianki o zachowaniu postaci
w czasie dialogu subtelnie opisują bohaterów, czym odpowiednio
poruszają wyobraźnię, ożywiają postacie. Doceniam również naturalność
wypowiedzi i stylistykę – czasy współczesne często wymuszają wśród autorów
nadmiar kolokwializmów, u Ciebie narracja jest leciutka jak piórko, język
wypada naturalnie i ciężko odejść od monitora, póki nie skończy się czytać.
Hermetyczność Twojego tekstu – literackie,
mocno humanistyczne środowisko, w którym obracają się twoi bohaterowie – jest
jednocześnie wadą i zaletą. Musisz mieć świadomość, że Priamel (jako
tekst rozpoczynający Musivum) może nie zachęcić szerszego grona
czytelników, jeżeli zaskoczysz taką ilością tytułów i autorów, natomiast
przekona i zabawi humanistów. Odniosłam również wrażenie, że przy takiej ilości
wprowadzonych postaci łatwiej będzie się pogubić i zaraz zmierzę
się z chaosem, a jednak dałaś radę za pomocą… prostego tła, o którym też już
wspomniałam. Jedność czasu i miejsca to w tym momencie duże ułatwienie i dzięki
Ci za nie. Wyszłaś obronną ręką – Twoje charaktery do mnie trafiły, po czasie
okazały się indywidualne i charakterystyczne pod każdym względem. Wprowadzałaś
je naturalnie, z biegiem fabularnym, poprzez mowę pozornie zależną głównej
bohaterki.
Całość przypomniała mi stylistykę, którą
posługiwała się Krystyna Siesicka. A że jestem wielką fanką Zapałki na
zakręcie czy Beethovena i dżinsów, świetnie się czuję, gdy mierzę
się z Twoją pisaniną. Jeżeli mam tę notkę traktować jako wstęp do historii, to
spełniła ona swoją rolę w stu procentach. I, co ciekawe, nie mam żadnych
zastrzeżeń odnośnie poprawności językowej. Raj w blogosferze! To się zdarza
bardzo rzadko.
We fragmencie Oli, który nawiązuje do
tytułu (przy okazji wielki plus za to nawiązanie), poczułam przesyt, aż na
chwilę musiałam odejść od monitora, zapalić papierosa, zrobić sobie coś
ciepłego do picia. Łolaboga, jakbym czytała Słownik terminów literackich.
Jestem zagorzałą fanką takiej pisaniny, ale tutaj to było już dla mnie za dużo
na raz. Tym bardziej, że tekst wcale nie należy do najkrótszych – cieszę się,
że Julek przerwał, zanim Olka zdążyła wydusić cokolwiek dalej:
Najdłuższe zdanie, jakie widziałam
kiedykolwiek i gdziekolwiek – przebiłaś Bieńczyka i Hrabala. Olga jest świetnym
obserwatorem, więc każdemu z jej znajomych można było się chociaż trochę
przyjrzeć – fajno, fajno… Ale litości! To jedno zdanie składające się z
dwustu osiemdziesięciu jednen wyrazów utopiło mnie w morzu ekspozycji.
Rozumiem mowę pozornie zależną i ciągnącą się myśl, ale w tym czasie po
pierwsze: bardzo umarło tło. Dlaczego, Juleczku, nie przerwałeś i tym
razem?
Po drugie: czy nie dałoby się tych charakterów trochę subtelniej przedstawić? Kiedy
byłam przy Michale (po którymś już z kolei „którym”) nie pamiętałam co najmniej
połowy z jakichś dziesięciu wymienionych ciągiem cech Juliana. Cały fragment,
żeby przyswoić większość informacji, musiałam czytać z trzy-cztery razy, a i
tak nie wszystko dotarło; cholernie rozbolała mnie głowa. Uwielbiam
charakterystyczne postaci. Twoje na pewno do papierowych nie należą i jeszcze
będę miała mnóstwo okazji do poznania ich lepiej, więc tym bardziej nie widzę
sensu w tej ekspozycji. Spodziewam się odpowiedzi, że długie zdanie to nic
innego jak środek stylistyczny. Okej. Ale wiedz, że dla mnie (i innych
oceniających, bo pokazałam ten fragment i część nie dała rady doczytać go do
końca) zabójczy.
Julian, o którym nie umiała myśleć inaczej
niż „chłopak”, choć był od niej młodszy raptem o dwa lata (...) – podwójna spacja.
Nie rozumiem zabiegu, w którym ekipa
podejmuje temat orientacji seksualnej Olki. W sensie… to jej dobrzy
przyjaciele. Znają się – co widać po relacjach – jak łyse konie, a zdarza się,
że mówią o sobie i także sobie się tłumaczą, jakby się pierwszy raz widzieli na
oczy. Zapewne chciałaś taką ekspozycją przybliżyć czytelnikom bohaterkę, ale
wyszło trochę sztucznie i na siłę.
Do sześcianu… najpierw wypowiadał te słowa
Michał, potem Sebastian (ale do Michała, więc pomyślałam, że celowo wybrał taki
zwrot) i znów Michał. I przyszło mi do głowy, że z tego czegoś do sześcianu
można zrobić właśnie taką Michałową wypowiedź, której potem nie trzeba byłoby
wieńczyć dopiskiem, kto ją wyraził. Na razie bez tych dopisków pogubiłabym się
bardzo szybko.
Nie przekonał mnie również dialog o kolczyku. Naprawdę nietrudno jest odróżnić nos od podbródka. Sebastian zapamiętał ubiór, gestykulację, posturę, farbowane włosy Jarka, więc mocno połyskujący (jak zaznaczył) kolczyk w nosie raczej by zapamiętał. Nie wiem, skąd wzięło mu się to przeinaczenie.
Nie przekonał mnie również dialog o kolczyku. Naprawdę nietrudno jest odróżnić nos od podbródka. Sebastian zapamiętał ubiór, gestykulację, posturę, farbowane włosy Jarka, więc mocno połyskujący (jak zaznaczył) kolczyk w nosie raczej by zapamiętał. Nie wiem, skąd wzięło mu się to przeinaczenie.
Nastawiłam się na całość mega pozytywnie,
ale coś się stało, bo im bliżej byłam końca, tym bardziej mi się ziewało.
Cholernie długie to to – jak na priamel. I trochę mnie znudziło, bo chociaż od
początku pisałam o tekście stricte dla literatów, to teraz uważam, że to muszą
być naprawdę pasjonaci wśród pasjonatów. Osobiście gdzieś od momentu
wyciągnięcia butelki wina nie potrafiłam się odnaleźć. Pojawiło się dużo pojęć,
które wyjaśniają bohaterowie, ale nie czuję się nauczona, a lekko zmęczona.
Tekst stał się niebywale trudny przez te wstawki. Wydaje mi się, że to wina
długości samej notki. Jako że jest to początek, to powinien wprowadzać i
spełnia tę rolę, ale ciągnie się też niemiłosiernie, a z każdą kolejną linijką
– coraz bardziej nastawia na specjalistyczne zagadnienia. Może i wstyd
przyznać, ale niektórych dzieł nawet nie kojarzę, więc nawiązania do nich nie
działają na mnie aż tak; tym bardziej widać, że młodzi mogą gadać o tym i
gadać, i chyba nigdy nie wyczerpią tematu…
A przy pytaniu o narrację – znów wydaje mi
się, że Ola na siłę mówi o zamiłowaniach do dialogów, bo przecież w tak
hermetycznym gronie ci ludzie powinni to wiedzieć. Ciekawiej się natomiast
zrobiło przy pytaniu o doktorat, a potem przy powrocie do układania. I dalej
już coraz luźniej, znów – coraz przyjemniej.
Nie wierzę we wstawienie się Julka.
Towarzystwo miało jedną butelkę wina i wcale nie wyobraziłam sobie litrowej
baryłki jakiejś dwudziestoprocentowej pryty. Przy okazji rozdzielili tę butelkę
na kilka osób pijących, a tempo fabularne (kiedy trzeba było przejść przez tę
bardziej męczącą część chociażby o nouveau roman) dość się rozwlekło. Tym
bardziej wątpię, że biedny Julek narąbał się, by poniosło go aż tak.
— Połóż się i
prześpij, my trochę poukładamy i potem cię obudzimy — zadecydował Sieniecki.
– Podwójna spacja.
— Ola. — Jego
głos wyrwał ją nagle z rozważań, czy stawianie Salustiusza obok Cycerona nie
jest pewnym faux pas, biorąc pod uwagę stosunek tego pierwszego do drugiego. – Hej! Przecież bohaterka przez sześć ostatnich akapitów rozmyślała mową
pozornie zależną o sprawach uczuciowych Olka, a nie o książkach.
No i ostatecznie rozumiem zamiłowanie Oli
do wszelakich tomiszczy. Nie, nie zamiłowanie. Ukochanie tak silne, że gdyby
ktoś zniszczyłby chociażby najcieńszą nowelkę, to byłaby w stanie zabić w
afekcie. Przesadzam? Być może, ale zmierzam do tego, że nie wyobrażam sobie
mieszkania, w którym kilku mężczyzn przez pół doby wypakowuje z kartonów i
układa na półkach książki. Setki książek, na które wciąż brakuje miejsca… Pada
idea, by zapółkować okna. To
śmierdzi absurdem do tego stopnia, że sama ta sytuacja jest już na granicy
dobrego smaku i zaraz wpadnie w otchłań parodii. No a chłopaki? W dużej mierze
się przedrzeźniają, dokuczają sobie. Ja wiem, że to wszystko bazuje na
prześmiewczych i niedotkliwych zaczepkach, które udowadniają tylko, że
bohaterowie dobrze się znają, ale z drugiej strony – czy w gronie przyjaciół
głównie chodzi o to, by sobie dopieprzać?
— W każdym razie — podjął Olek — wysłałem ją, żeby zapłaciła, zatankowałem, wszedłem do sklepu, żeby jeszcze wziąć coś do jedzenia, staję niedaleko kasy i słyszę piękną wymianę zdań między Olką, na którą właśnie przyszła kolei, a kasjerem. Olka mówi, że chce zapłacić za benzynę, kasjer pyta, za które stanowisko. Olka oczywiście nie wie, bo to poniżej jej godności, patrzeć na numer stanowiska, więc macha ręką w kierunku okna i mówi: „To ten srebrny ford”. Kasjer patrzy na samochód, na Olkę, na samochód, na Olkę, znów na samochód i znów na Olkę, po czym mówi: „Proszę pani, ale to diesel”, na co Olka, takim pełnym uprzejmego zdziwienia tonem: „Nie, to combi”.
No i jak tu się gniewać, jeśli – koniec
końców – uwielbiam twoich bohaterów i ich historie. Mimo wszystko zdziwiła mnie
ignorancja Oli. Co ona, to swoje prawo jazdy na targu kupiła? Byłam święcie
przekonana, że jeśli ktoś ma ten kawałek plastiku, to odróżnia typy nadwozi i
paliw.
Są samochody na
pchanie przez pasażera, jak nie przymierzając pewien fioletowy kaszlak. – Coś mi w tym zdaniu nie gra. Osobiście zrobiłabym z podkreślonego
fragmentu wtrącenie; myślniki nadałyby lepszy wydźwięk, wskazując miejsca na
pauzy.
Zaczęłam odczuwać mocne emocje w stosunku
do Olka. I Oli. Cholernie polubiłam całą ekipę i równie mocno chciałabym poznać
ich dalsze losy. Jednak po tak długim Primelu nie jestem w stanie w ogóle
odpalić kolejnej notki tego samego dnia, gdyż chwilami tekst był naprawdę
wymagający i męczący. Czuję się – jak Ola – odrobinę znużona i życzliwie
uśmiechnęłam się do monitora, gdy przeczytałam ostatnie zdanie posta.
Musiałem wyglądać na naprawdę rozwścieczonego, bo Andrzej nie podchwycił propozycji awantury.
Czułam, że pojawi się nawiązanie do
Czwartego uderzenia. Wplotłaś to w historię, jakby to właśnie tamten tekst
główny został mniej znaczącym ekskursem, a wcale tak nie jest. Teraz po prostu
mam do czynienia z drugą stroną medalu i mogę sobie wytłumaczyć, dlaczego właściwie
Marcin u pedagożki pocałował Andrzeja. Gdy czytałam Czwarte uderzenie,
wydawało mi się to trochę wymuszonym zachowaniem, a tutaj rozwiałaś wszystkie
wątpliwości. Jestem zafascynowana tym połączeniem. Nie jest tak dosadne;
nawiązanie to po prostu element, wzmianka na jedną stronę z dwudziestu – nie
szkodzi. Świetnie się złożyło.
01. BO TO TWÓJ DOBRY KUMPEL
Zaraz po przyniesieniu do stolika zamówień
wyjąłeś słomkę i zdjąłeś pokrywkę napoju. – Bohaterzy są w
McDonaldzie, a z moich doświadczeń wynika, że w owym przybytku nigdy napoje nie
są podawane z włożoną słomką (chociaż skoro obmacują nam burgery, to nie ma to
wybitnego znaczenia).
WF był ostatni, nudny, a na dworze
od rana było tak cholernie ciepło i fajnie, porządna majowa pogoda,
to naprawdę chore, żeby pod sam koniec trzeciej klasy, gdy człowiek już
wysiedzieć w ławce nie może, była taka pogoda; najchętniej zwiałbyś ze
wszystkich lekcji, zgodziłeś się więc na urwanie się chociaż z
tej jednej. – Powiedz mi szczerze: nie męczy Cię
czytanie tego zdania? Na pewno przed to przydałaby się kropka, przed najchętniej
również. Zdanie jest tak długie, że sama się w nim pogubiłaś, co widać po
powtórzeniach. Nie wiem, czy zależy Ci na pisaniu realistycznie, może chcesz
ubrać w słowa wszystkie myśli towarzyszące bohaterce, ale tego nie czyta się
dobrze, przykro mi.
Michał, jak oświadczył, patrząc w okno,
koło którego staliście, chciał pogadać. – Uważam, że to zdanie można było rozbić
lub sformułować tak, by przecinek nie pojawiał się co dwa słowa. Dla mnie ten
znak oznacza pauzę oddechową, przeczytanie tego fragmentu na głos jest wręcz
karkołomne.
(...) a na kolację opycha się dziewicami z
sąsiedztwa, które właśnie mu się skończyły, więc musi się zorientować w
zawartości twojego sąsiedztwa. – Skoro już się nie opycha, bo ich nie ma,
to opychał.
Niemiłosiernie męczy mnie sposób, w jaki
piszesz dialogi. Powszechnie przyjęło się, że po kwestii bohatera wpisuje się
po myślniku informacje dotyczące jego wypowiedzi, a resztę należy zacząć od
nowego akapitu. U Ciebie wszystko jest pomieszane. Najpierw piszesz kto, co i w
jaki sposób powiedział, potem pięćset różnych informacji, dalej znowu bohater
mówi jakby nigdy nic. Rozumiem, że człowiek myśli o wielu rzeczach
jednocześnie, ale w tekście należałoby to jakoś uporządkować, by
wszystko było zjadliwe i czytelne, bo piszesz poprawnie, a mimo to fabułę trawi
się ciężko.
Tylko że to tak naprawdę nie jest istotne.
— Patrzy przed siebie, nie wiesz, czy na gołębie, czy na nadjeżdżający od Rodła
tramwaj. – Na przykład tutaj. Przydałby się enter
przed patrzy, nie uważasz?
(...) gdy przesuwa językiem po trochę
wąskich wargach. – Nie mogę wyobrazić sobie trochę
wąskich warg. Trochę tak a trochę nie? Zwężają się od prawej do lewej czy
na odwrót?
Bardzo duży plus za tekst o kocie. Nie
sądziłam, że można w ten sposób zinterpretować stwierdzenie śpij z kim
chcesz. Uwielbiam takie małe rzeczy, które budują klimat i cieszę się, że w
ogromie tekstu na Twoim blogu, gdzie przeważają sformułowania przyszedł,
zrobił, wyszedł itd., znaleźć można takie perełki. Przecinek przed z.
Ty patrzysz na niego, rozpierasz
się wygodnie na ławce i patrzysz na ten jego rudy łeb (...).
Zastanawiasz się przez dość długą chwilę nad
tym, czy będziesz umiał sobie z tym poradzić. – Pierwsze „nad tym” zbędne, bo masz drugie. Zdarzają Ci się co jakiś czas
takie sformułowania.
Co do niektórych, wiesz, że będzie
źle; co do innych, podejrzewasz, że może nie najgorzej; co do jeszcze
innych, zwyczajnie nie masz pojęcia. – Lepiej by się
czytało, gdybyś zamiast przecinków użyła myślników. Widoczne byłyby dłuższa
pauza oddechowa i rozróżnienie typów reakcji.
Bardzo podoba mi się stwierdzenie o byciu
wyczerpanym dorosłością. Kryje się w tym zdaniu wiele uczuć, które odkrywa w
sobie człowiek dopiero po przekroczeniu pewnej granicy, gdzie kończy się
dzieciństwo. Do czasów młodości nie da się już wrócić i trzeba przywyknąć do
odpowiedzialności, jaką niesie za sobą bycie dojrzałym. Cały ten post porusza
właśnie temat wydarzenia, przez które bohater musi zmierzyć się z dorosłymi
problemami i zacząć podejmować rozsądne decyzje. Rzadko spotykam się z
opowiadaniami, które tak dobitnie pokazują życiowe rozterki.
— Mięczak — mówisz Michałowi, który
właśnie położył się na trawie i w odpowiedzi unosi tylko zaciśniętą pięść z
wystawionym środkowym palcem. – Wydaje mi się, że wiem, co miałaś na
myśli, ale taki natłok różnych czasów w jednym zdaniu wygląda karykaturalnie.
Jeździłeś tu kiedyś, gdy twój kuzyn
tu mieszkał (...).
Spoglądasz w kierunku jeziora, bo to chyba
Dąbskie, nie pamiętasz. — Brak związku przyczynowo-skutkowego, żeby
użyć bo. Jakby nie było Dąbskie, to już nie ma prawa być jeziorem?
Woda nie jest jeszcze zbyt ciepła i nieco
odżywasz. Potem chyba przysypiasz, bo gdy się budzisz (...) – Piszesz, że bohater odżywa, by sekundę później poinformować nas, że
jednak nie, bo momentalnie poszedł spać. Do tego jak można chyba przysnąć?
Obudził się już nie chyba, więc to raczej oczywiste, nie tylko
prawdopodobne, że spał.
Kot spogląda na ciebie tak jak zawsze,
jakby nie mógł się zdecydować, czy cię wyniośle olać, czy brutalnie ofuknąć.
— Lubię na to patrzeć, jak się budzę — wyjaśnia. – Że na kota? Bo chyba miałaś na myśli ścianę, tylko zgubiłaś podmiot.
— Lubię na to patrzeć, jak się budzę — wyjaśnia. – Że na kota? Bo chyba miałaś na myśli ścianę, tylko zgubiłaś podmiot.
Michał wyciąga nogi przed siebie, poprawiając
podwiniętą nogawkę luźnych szarych spodni (...) – Przecinek przed szarych.
Impreza obejmie trzyosobowe urodziny:
Michała, twoje i Mateusza, bo Michał miał pod koniec maja, ty miałeś pod koniec
czerwca, a Mateusz ma na początku sierpnia, więc jak zrobicie za dwa tygodnie,
w połowie lipca, to będzie sprawiedliwie. – Czyli półtora
miesiąca po urodzinach Michała, pół po urodzinach Pawła i pół przed Mateusza.
Gdzie tu sprawiedliwość? Wiem, że tego czasu nie da się podzielić po równo,
jednak to nie sprawia, że to wtrącenie nabierze sensu.
— Ja cię podziwiam — mówi Michał, gdy po
krótkim wyskoczeniu do kuchni wraca z dwiema szklankami z zimnym
sokiem i z miską ciastek. – Lepiej: z
dwiema szklankami zimnego soku i z miską ciastek.
Na szczęście rodzice nocują u dziadków,
więc smarkacz przestanie zajeżdżać piwem, zanim wrócą. – Made my day <3 Razem z:
Radkowi co prawda zapowiedziałeś, że jak
wyskoczy z czymś głupim pod adresem Michała czy jego faceta, to mu wszystkie
ukochane gry komputerowe przerobisz na trumnę, ale na Mateusza czy innych
wielkiego wpływu nie masz.
Bardzo podobał mi się monolog Michała o
studiach. Widać w nim podekscytowanie chłopaka, jego zaangażowanie, graniczące
wręcz z obsesją, wszystkie uczucia, które mogą towarzyszyć człowiekowi, który
odkrył swój cel w życiu. Pisałaś wcześniej, iż Michał podjął decyzję o robieniu
tylko tego, co kocha i teraz, gdy mu się to udało, czytelnik cieszy się razem z
nim.
Michał odstawia szklankę i patrz na ciebie
uważnie. – Patrzy.
Brakuje mi nieco dokładniejszego opisu
rozstania Pawła i Moniki. Zdążyłam zauważyć, że rozpisujesz się nawet o
rzeczach nieistotnych, gdy widzisz w tym jakiś sens, a tu z grubej rury
informujesz, że związek skończył się w październiku. Napomknęłaś jedynie, że
chłopak miał problem ze zbyt małym zainteresowaniem ze strony partnerki, ale
liczyłam na jakąś pełną emocji i akcji scenę. Muszę przyznać, że nieco się
zawiodłam.
Michał jest chyba jedyną osobą, której
potrafiłeś przekazać kluczyki wynajętego na swoje nazwisko i w razie problemów
obciążającego kosztami tylko ciebie mikrobusu. – Zwykle jest u Ciebie dużo przecinków, jednak tutaj brakuje mi znaków
przestankowych, bo ciężko przyswoić zdanie za pierwszym razem. Polecam zmienić
nieco konstrukcję.
— Bardzo — odpowiada, przerzucając biegi. – Biorąc pod uwagę ich środek transportu (mikrobus) i fakt bytności na
niemieckiej autostradzie już jakiś czas (również nigdzie nie zjeżdżają), to po
co ta wzmianka o biegach? Monika przecież redukować raczej nie musiała, bo taki
busik jest przeważnie jednostką wyprzedzaną, nie wyprzedzającą.
Magda przez szybę pstryka zdjęcia.
Michał opuszcza szybę po swojej stronie i mruczy, że jest pięknie.
Monika przymierza naturalnej wielkości
holenderskie chodaki, drewniane i pięknie malowane (...) – Widziałaś kiedyś chodaki nienaturalnej wielkości?
(...) znów macha ci ręką i znika na odnóżu
placu Żołnierza Polskiego (...) – W odnóżu.
Notka porusza powszechnie wszystkim znane problemy
trzeciego świata. Ponad czterdzieści stron pisaniny o detalach, uczuciach
i… pierdołach. Muszę Ci przyznać, że bardzo dobrze opisujesz reakcje
poszczególnych bohaterów, wszystko wygląda realistycznie, nawet scena w fast
foodzie. Nie zmienia to jednak faktu, że taka ilość tekstu na temat problemów z
orientacją seksualną przyjaciela to trochę za dużo. Czytało mi się ciężko, na
wiele rat. Pomysł był dobry, wykonanie bardzo dokładne i szczegółowe, ale nie
znalazłam tu tego czegoś, co by mnie trzymało przy Twoim tekście. Szkoda, bo
widać, że masz talent do pisania, w całym poście czuć lekkość, z jaką
przychodzi Ci tworzenie kolejnych wydarzeń, ale brakuje konkretów.
Zakończenie uważam za średnio udane,
chociaż życiowe. Znajomość zatarła się, Michał osiągnął, co chciał, Paweł też,
Monika również. I wszyscy żyli długo i szczęśliwe. Strasznie to mdłe.
02. OD STRONY PIERWSZEJ DO OSTATNIEJ
Rozdział 1: Strony pierwsze
Pisarstwo wymusza wydobycie siebie w
tekście (...) – Wydobywać można coś lub z czegoś, nie w
czymś.
(...) że zaledwie przed chwilą miał myśli
wypełnione jakimś słowem, jakiś spojrzeniem, jakimś dotknięciem. –
Jakimś.
Określenie „onanizm” miało w sobie coś
obłego i oślizgłego, było niczym trzy samogłoski potykające się o spółgłoski
nosowe, z jednym „z” pod koniec, wyglądającym jak stojące na sztorc „n”. – Bardzo podoba mi się to zdanie. Stworzone z pomysłem, widać w nim Twoją
płynność w posługiwaniu się językiem polskim.
Radził sobie wręcz świetnie — jego język
był jak jego praca: efektem odcięcia, samotności i unikania zaangażowania;
(...) – Nieco mi się to gryzie. Odpowiedź na pytanie jaki
nasuwa się sama, skoro używasz był jak, a stwierdzenie efektem
odcięcia (...) nijak nie pasuje mi jako kontynuacja myśli. Może spróbuj inaczej to zapisać? Jego język był,
jak jego praca, efektem odcięcia...
Ale prawdziwe rozbicie, prawdziwe
zniszczenie spokoju, prawdziwe wzburzenie i zburzenie całego porządku nastąpiło
w przeciągu ostatnich dwóch minionych dni — tak (sugestywnie) szybko — i
(namiętnie) nagle — i (męsko) mocno. – Jak to jest sugestywnie szybko? Reszty epitetów też nie rozumiem.
Mam wrażenie, że nie pojęłam całego przesłania tego zdania.
(...) obserwował w milczeniu pozostałych,
wylegujących się równie leniwie w swoich „zapadankach”, jak je określiła
chyba Olga, „zapadankach” ustawionych dookoła niedużego, prostokątnego,
drewnianego stołu (...)
Olek, którego przez pół dnia męczył jeden
z referatów, snuł właśnie dalej rozpoczętą jeszcze przy obiedzie refleksję na
temat imitatio. – Skoro używasz specjalistycznych słów,
to lepiej by wyglądało, gdybyś wyjaśniła ich znaczenia.
Tapeta została pomalowana na
ciemnoniebiesko (...) – Maluje się ściany, tapetę można
nakleić.
Na dalszą metę, jak później
stwierdził (...) – Na dłuższą metę.
Co go obchodzi, dlaczego to jest, skoro
jest, no to trudno. – Skoro piszesz pytanie, to na końcu
powinien stać znać zapytania. Lepiej by wyglądało, gdybyś umieściła go przed skoro,
dzieląc całość na dwa zdania.
Wystarczało, tak samo jak szafa i komoda,
w których zmieściły się wszystkie ubrania, jak jedna para kapci, i tak
nieużywana, jak jedna szczoteczka do zębów w łazience. – Chodziło Ci chyba o to, że kapcie są nieużywane, a w pierwszym momencie
można zrozumieć, że bohater ma awersję do biednej szczoteczki. Zamiast przecinkami, oddzieliłabym to wtrącenie
myślnikami i… już. Po sprawie.
Wiktor zdawał sobie sprawę z faktu, że był
wzrokowcem, i to bardzo silnym wzrokowcem: jeżeli nie widział, nie czuł
w pełni, nie słyszał w pełni, nie rozumiał w pełni. – Zastąpiłabym przecinek po widział myślnikiem. Chyba nie bardzo
lubisz te myślniki. Zrobiły Ci coś kiedyś?
(...) ale wtedy musiałby zadzwonić jeszcze
raz lub ona by zadzwoniła, choć na mocy niepisanej umowy od dawna
ograniczali się do telefonów od niego, nie od niej lub ojca. – Strasznie pomieszane podmioty.
A potem szybkie, bardzo ciche małżeństwo i
wylądowali w mieszkaniu, które wychodził dziadek (...) – Ale że jak wychodził? Zużył jak kapcie?
(...) bo gdyby nie był żonaty, uwiązany
żoną i dzieciakiem, to on by dokazał tylu rzeczy… – Dokonał.
W pewnym momencie trochę się pogubiłam.
Mam niekrótki fragment o tym, jak Wiktor traci Panią Lusię, a chwilę później ta
znowu przytula go do piersi i pociesza. Zagubiła Ci się nieco chronologia.
(...) a pieprzyk po lewej stronie górnej
wargi nadawał nietypowy urok. – A istnieje jakiś typowy urok?
(...) więc małe wylądowało żłobku (...) – W żłobku.
Pomysł oddania mu swoich zabawek z
dzieciństwa, pomysł podsunięty przez matkę, a raczej uważany przez nią za
oczywisty, przecież podzielisz się z młodszym braciszkiem, prawda?,
Wiktorowi się nie spodobał. – Zaznaczony fragment lepiej byłoby
wskazać kursywą lub cudzysłowem.
Myślał wtedy, że matka nie potrafi
poradzić sobie ze śmiercią, ale on tak; dopiero później naszła go refleksja, że
jeżeli radził, to dzięki obecności Magdy. – Radzić można komuś, tu by bardziej pasowało radził sobie.
Zauroczył mnie w tym poście wątek Magdy i
Wojtka. Związek z dziewczyną jest opisany idealnie, tak właśnie wyglądałaby
przykładowa relacja geja, który nie jest jeszcze świadom swojej orientacji, ale
stara się dostosować do panujących zasad, pogodzić z rzeczywistością. Nie wie
jeszcze, czym jest prawdziwa miłość, jedynie wydaje mu się, że ją znalazł.
Bardzo dobrze udało Ci się nakreślić wszystkie towarzyszące mu uczucia, jak
również koniec przyjaźni.
Sytuacja z Wojtkiem to zupełne
przeciwieństwo chwil z Magdą, które Wiktor odbiera jako spokojne i szczęśliwe.
Śmierć kogoś tak bliskiego zostawiła na psychice chłopaka potężny ślad.
Potrafiłaś wywlec wszystkie żale, które dręczyły go nawet kilka lat później –
brak chęci kontaktu z bratem, odrzucenie, wręcz nienawiść, gdy ten jeszcze żył.
Nie wiem, czy tak dokładnie wyglądają rozterki osoby postawionej w takiej
sytuacji, gdyż sama czegoś podobnego nigdy nie odczułam, ale opis brzmi bardzo
realistycznie.
Rozdział 2:
Ostatni punkt wynagradzał sobie w
księgarniach, w sklepach muzycznych i w szperaniu w Internecie, który rodzice założyli
po jego naleganiach i który sam opłacał. – Nie da się założyć
Internetu. On jest, już istnieje. Można go podpiąć czy podciągnąć lub zacząć
mieć do niego dostęp, wykupić abonament.
Po kilkukrotnym zaciągnięciu się uznał, że
ten Anaksagoras z Anaksymenesem nie są jednak takim kretyństwem, jak mu się
przed chwilą wydawało. A nie, Anaksymander, nie Anaksagoras. Też ładnie. – Uwielbiam Cię za ten fragment.
Przez krótką chwilę poczuł tak mocne
przerażenie, że zrobiło mu się niedobrze — a potem była już tylko niechęć, do
siebie, że potrzebował tamtego wieczornego, do Anity, że nie była w
stanie tego w nim zdusić, i do wszystkiego dookoła, po prostu za to, że było
nie tak. – Czego potrzebował?
Udało się uciec przed zagrożeniem, jakie
niosły tamte słowa, tamta sytuacja — przed koniecznością stawania twarzą w
twarz z niechcianymi faktami, które wcale nie były faktami, jeśli się na nie
nie zgadzało. – Duży plus za ten krótki fragment. Udaje
Ci się bezbłędnie opisywać uczucia, które często trudno wypowiedzieć i
skonstruować, a jednak są częścią naszego codziennego życia. Tak samo jak
następne: — To chyba taka radziecka zasada, nie? — Krzysiek wytknął mu to
wyjątkowo perfidnie, jakby przewidując i złośliwie antycypując linię
obrony. — Że dopóki się nie powie, że jest problem, to problem nie istnieje.
(...) po krótkim spacerze Wiktor z
ławek znajdujących się za lewym pawilonem przy tarasie widokowym. – Zabrakło na i aż trzy spacje się namnożyły.
Odra była, jak Szczecin — chimeryczna. – Zbędny przecinek.
Dzień przed wyjazdem odbył z Anitą
pożegnalną wędrówkę po Gdańsku; czuł dziwny ucisk w żołądku na myśl, że już
jutro go tu nie będzie i już więcej w ogóle go tu nie będzie, ucisk
jednocześnie przykry i podniecający (...) – Trochę ciężko jest
mówić coś takiego, gdy jest się dwudziestoparolatkiem.
(...) nie cierpiał wind, a do tej w swoim
bloku nie wsiadłby już nigdy (...) i chwilę później: Do tego cholerstwa
stającego między piętrami nigdy więcej nie wsiadł. Zdecyduj się na jedną
formę – przypuszczaj lub stwierdzaj, bo nieco się gryzą te dwa fragmenty w
jednym akapicie, gdy mówisz o konkretnej windzie.
Drugi raz napotykam się na niemalże identyczny
fragment o Sylwestrze i Agnieszce. Powtarzasz się na temat drzwi, kolorów ścian
i umeblowaniu mieszkania. Jeden raz w zupełności mi wystarczył, naprawdę.
(...) i uznał, że wreszcie doszedł do tego
punktu, w którym z całą stanowczością może powiedzieć: tak, jest szczęśliwy. – Skoro używasz dwukropka, to jest to myśl/stwierdzenie Wiktora. Niestety
podmiotem stwierdzenia sugerujesz, że mężczyzna mówi o kimś innym.
(...) dokończył wesoło u uniósł
filiżankę z herbatą obiema dłońmi. – I.
(...) za tamtym barkiem męczących
kontaktów. – Brakiem.
Kiedy sobie poszedł, Olek spytał mnie z
taką biednie zagubioną miną: „Ola, ale on próbował wyrwać ciebie czy mnie?”, a
gdy mu wyjaśniłam, że i ciebie, i mnie, to się oburzył. – Słowa skierowane są do Wiktora, więc znowu pomylony zaimek.
Pierwsze, co rzuca mi się w oczy, gdy
czytam całość utworu, to pomieszanych tytułów. Pierwszy rozdział to Strony
pierwsze, jednak opisujesz w nim głównie teraźniejszość, podczas gdy w Stronach
środkowych na pierwszym planie jest przeszłość. Rozumiem, że aktualne
zdarzenia są ściśle powiązane z tym, co działo się wcześniej i nie chciałaś mi
wszystkiego od razu wykładać na tacy, pozostawiając nutkę tajemnicy (to się
chwali), jednak te tytuły nie pasują do treści poszczególnych postów.
Druga rzecz – nagminne zbaczanie z tematu.
Potwornie mnie to męczyło przez całość lektury. Wiktor siedzi nad brzegiem Odry
i myśli nad czymś usilnie, jednak co chwila pojawiają się kilkustronicowe
retrospekcje, które mają mało wspólnego z głównym wątkiem i, choć ciekawe,
wytrącają mnie z rytmu. Tych dodatków jest za dużo. Widać, że jesteś
idealistką, chciałabyś mieć wszystko dopracowane, wyjaśnione i jasne jak
słońce, jednak nagromadzenie niezwiązanych ze sobą wydarzeń jedno koło drugiego
działa wprost przeciwnie.
Bardzo brakuje mi w opowiadaniu Olgi. Jest
to osoba ważna zarówno dla Wiktora, jak i dla Olka i to dzięki niej mężczyźni w
ogóle się poznali. Na chwilę obecną to chyba najważniejsza kobieta w życiu
tłumacza i najczęściej się z nią widuje, a zepchnęłaś ją na sam margines
opowiadania i więcej czasu poświęciłaś dawno minionym próbom budowania związku,
przez co odczuwam duży niedosyt. I wciąż został Ci ostatni post do
opublikowania, mam nadzieję, że wykorzystasz potencjał Oli.
Bardzo podoba mi się wykreowanie postaci
Wiktora. Niby tylko tłumacz schowany przed światem, zamknięty przez większość
czasu we własnym mieszkaniu, którego pochłania literatura i jego małe problemy.
Całość jednak opisana jest bardzo realistycznie, zwykłe ludzkie rozterki urosły
do problemów wagi państwowej (jednak w dobrym znaczeniu), pozwalasz mi się
wczuć w Wiktora, którego mogę przez całość lektury poznawać z każdym akapitem
na nowo. Brawo.
03. KIEDY ZAPOMINAM, ŻE WIDZĘ INNEGO
— No wiesz, właściwie liceum to jeszcze taki
czas zupełnej bezkształtności, „bezsiebiewości”, człowiek z reguły nie tylko
nie wie, co chciałby w życiu robić, ale nawet nie wie, jakie ma silne i mocne
strony. Nienawidzę tego licealnego okresu – ta wypowiedź jest
kontynuacją pierwszych słów tej notki, ale znajduje się w połowie długiego
akapitu. Bezpieczniej byłoby przenieść ją do nowej linijki.
(...) krojącą pizzę, nalewającą komuś
wódki, podającą chusteczki higieniczne, pożyczającą lusterko Goście, której
rzęsa wpadła do oka – Gośce.
Przyzwyczaiłam się do dojrzałych relacji
bohaterów z Priamela, więc Eulalia zabiła mi ćwieka. Kiedy nadchodzi
moment rozmowy z Michałem przy bigosie, to praktycznie nie do zniesienia jest
ta jej infantylność, prostota myśli. Stylistyka, składnia – wszystko to jest strasznie
płytkie. W wypowiedziach zawarłaś chociażby całą masę powtórzeń:
No a te jego studia w ogóle bardzo ciekawie
wyglądały. Ciekawe, kim Michał będzie w przyszłości, bo mówi tak ciekawie
i przyjemnie, że można by go słuchać jak na wykładzie.
Lecz nie odbierz tego źle – to w żaden
sposób nie wada – ludzie są różni. Zmierzam do tego, że kreowanie jednostek
(niekoniecznie tylko zbitej masy humanistów) dobrze Ci wychodzi. Każdy bohater
ma coś swojego, jest inny. Coraz bardziej charakterystyczny. Ten tekst nie jest
tak hermetyczny jak Priamel. Pokazuje relacje na zupełnie innej stopie.
Na przykładzie kogoś, kto wchodzi dopiero do pewnej ekipy, próbuje się w nią
wkupić – każdy szuka przecież akceptacji. I mam w tym tekście Michała, który
uczy się nie naklejać etykiet zbyt szybko, nie przypisywać za szybko pewnych
cech, nie wyciągać za szybko wniosków o drugiej, świeżo poznanej osobie. Ten
sam Michał zastanawia się nad tym, co on właściwie zrobił sobie i swojemu
humanizmowi, i feminizmowi, o które tak walczy i które tak bardzo propaguje.
Tak mocno, że czasem się zapomina. A nie chce już zapominać. Szczególnie uderza
w to fragment:
I to, co ja robiłem z Lalą, to jak pojechanie do Indii i oglądanie, opisywanie, pozorne poznawanie indyjskiej kultury przez pryzmat „jedynej właściwej” kultury europejskiej. Staję przed Lalą, tą moją Inną, i staję przed nią z nastawieniem „ja, ten właściwy, ten nie-Inny, ten lepszy”, który ją ocenia, opisuje i pozornie poznaje wyłącznie przez pryzmat tego, co dla mnie znane, swojskie, akceptowalne. Staję przed Lalą ja, mający wielkie pretensje do bycia humanistą, postmodernistą, kulturoznawcą — staję przed nią jak najzwyklejszy kolonizator, który przybywa ze swoją, „lepszą”, kulturą do ludów „prymitywnych”.Rany boskie, co ja robię? Nie, już nawet nie Lali jako Lali i nie Lali jako człowiekowi, ale co ja robię temu mojemu humanizmowi, o który niby tak zawsze walczę, co ja robię tej mojej humanistyce, która mnie wbija w taką dumę, co ja robię samemu sobie jako temu, który ponoć chce dotrzeć jak najgłębiej, zrozumieć jak najlepiej, poznać możliwie od cudzej strony, wyzwolić się z ograniczeń własnej perspektywy i nie dać się zamknąć w żadnym monolicie?
Dużo moralistyki można wynieść z Twoich
tekstów. Ale to nie jest takie perorowane moralizatorstwo przesiąknięte do
szpiku natręctwem w prawieniu morałów. To zupełnie inna jego odmiana –
subtelna, sympatyczna, bardzo ludzka. Uargumentowana najprostszym językiem na
najprostszym życiowym przykładzie. Michał musiał się wydostać z pewnego szablonu,
który nie wiadomo nawet gdzie i kiedy sobie stworzył – szablonu o Lali, ale też
ogólnie, o innych. Jednocześnie cofnąć się do prostych prawd moralnych, które
gdzieś mu po drodze humanisty umknęły, i rozwinąć się w temacie Innego. Lala
też na przestrzeni tekstu przekształciła swoje myślenie, dużo „nowości” do
siebie dopuszcza. To sprawia, że czytelnik zmienia o niej zdanie wraz z upływem
tekstu. Rozwój bohaterów intryguje, więc notka automatycznie przyciąga i trzyma
czytelnika do końca.
Wciąż jestem też pod wrażeniem tego, jak
płynnie, lekko i poprawnie piszesz.
No a skoro jednak nie jest normalny, ze
względu na to, że woli chłopaków, no to... to chyba coś jest nie tak z samym
tym słowem „normalny”. – Usunęłabym pierwszy przecinek, gdyż
Lala przez większą część nawiązuje do orientacji Michała. Ta przerwa
oddzielająca od siebie normalność i „ze względu” odbiera lekkość tej myśli.
Nikt nie jest. Każdy dla pozostałych jest
w jakimś stopniu tym Inny, czy to będzie orientacja, czy płeć, czy religia – tym Innym, ten Inny.
04. W CO SIĘ BAWIŁY MAŁE DZIEWCZYNKI?
Całość tekstu jest napisana na podstawie
nagrania Agaty i jej koleżanek. Niezły mam ubaw, czytając te rozmowy.
Stylizujesz tu język na młodzieżowy, ale przeplatany z dorosłym, co powoduje
zakłopotanie, gdyż ciężko mi oszacować prawdopodobny wiek bohaterek (podczas
dalszej lektury zauważyłam, że piszesz o zawartym związku
małżeńskim, co musi oznaczać, że przynajmniej są pełnoletnie i wspominają tylko
młodzieńcze lata). Kleisz zdania tak, że czytelnik może wyraźnie zauważyć
naturalność rozmów i realizm wydarzeń.
Bohaterki rozmyślają o trudnych tematach,
o których nie myślały, będąc dziećmi. Rozmawiają o książkach. Dorośli rzadko
kiedy wracają pamięcią do lektur szkolnych – o tym, czy są polskie i z której
epoki pochodzą, o płci głównego bohatera – ale w tym gronie widać, że nie jest
to obcy temat. Czytelnik musi uruchomić swoją pamięć lub zapoznać się z
niektórymi dziełami (na pewno wszystkie wymienione pozycje nie są znane
wszystkim czytelnikom), aby zastanowić się choć przez chwilę nad wnioskami
bohaterek.
Ciekawie opisujesz też powrót studiujących
kobiet do ich młodzieńczych lat, kiedy opowiadają, w co się bawiły (co wskazuje
sam tytuł opowiadania). Wchodzisz w głąb psychiki nie tylko bohaterek, ale każdego
człowieka, zwłaszcza będącego jeszcze dzieckiem. Bardzo przyjemnie czytało mi
się tę historię – jak z życia wziętą. Dzięki temu pojawiło się wiele przemyśleń
w mojej głowie, a także poznałam kilka tytułów książek, które mnie
zaintrygowały.
05. WŁÓCZYKIJ POLSKI
Rozdział 1: Czas Wielkiej Ucieczki
Pierwsze akapity to czyste wymienianie.
Forma po dłuższym czasie może wydawać się pójściem na łatwiznę, ale ma też
swoje zalety – sytuację nakreślasz konkretnie i plastycznie. Enumeracje,
polisyndetony i powtórzenia. Twoja stylistyka jest niebanalna, często stosujesz
elipsy (szczególnie w zdaniach z zastosowaniem pauzy), by ominąć to, co
logiczne, i iść dalej z tekstem. Bo z Twoim tekstem się płynie. Nigdy nie byłam
w Szczecinie i nazwy takie jak plac Grunwaldzki czy plac Sprzymierzonych
niewiele mi powiedzą, ale wokół tych tajemniczych szyldów pojawia się dokładny
opis – środków komunikacji, parków, blokowisk, ulic – no dosłownie wszystkiego,
co wystarczająco poruszy wyobraźnię czytelnika i sprawi, że wczuję się w
statystyczną szczeciniankę. Ale też nie odczułam w żaden sposób, abyś
przesadziła z tym opisem.
Źle się kojarzyło — z jednej strony
z wydumanymi histeriami, z drugiej z głęboką chorobą psychiczną, którą
należałoby leczyć, bo w końcu choroby umysłu zasługiwały na troskę, leczenie
i uszanowanie równie mocno, jak choroby ciała, jeżeli nie mocniej. – Wiem, że troska, leczenie i uszanowanie to różne kwestie, ale mam
wrażenie, że często zdarza Ci się takim poszukiwaniem określeń i wypełnieniem
nimi zdań po brzegi już nie tylko ładnie obrazować, lecz też zwyczajnie
przesadzać. Czytelnik zrozumie, co chcesz przekazać, i bez takiej troski nad
dopieszczonymi i wymuskanymi zdaniami.
Uwielbiasz ciągnąć, przez co ładnie płynie
się z tekstem, ale czasem mam też wrażenie, że lejesz wodę, zamiast nadawać
konkretne tempo przemyśleniom:
Może był w tym pewien sens — skoro
urodziny przypadały na maj, to miesiące je poprzedzające stanowiły podsumowanie
tego, co zeszłe, oddzielenie tego, co odchodziło w przeszłość od tego, co miało
pozostać, swoiste pożegnanie, po którym mogło nastąpić powitanie?
Pogrubiony wyraz poprzedziłabym jednak
kropką. Ostatnie zdania takich ciągłych myśli zwykle są podsumowaniem i
znacznie lepiej prezentują się jako osobne, wieńczące cały akapit kredo. Pewnie
dużą rolę odgrywają tu gusta i guściki. Dla jednych Twój tekst będzie
superultrastylistyczną poezją, a dla innych – nudą, bo ciągniesz. Na przykład w
tym zdaniu:
Starał się więc wyjaśnić swoje marce, starał się mimo obaw, że Sebastian nie
zrozumie, zbagatelizuje albo wyśmieje, a rysujące się coraz wyraźniej przyjaźń,
porozumienie oraz zaufanie wezmą w łeb. – W tym zdaniu przed
drugim „starał się” postawiłabym jednak średnik zamiast przecinka. Lub kropkę.
Czy istnieje przyjaźń bez zaufania i nici
porozumienia? Wydaje mi się, że PRZYJAŹŃ to już jest to wszystko samym w sobie,
pomijając oczywiście definicję współczesnej przyjaźni zza oceanu, skróconej do
zlepku liter BBF, której młodzież nie bierze na poważnie. Bo raczej też nie o
takiej płyciźnie piszesz.
Kolejne akapity to kolejne wyliczenia i
powtórzenia – nieraz i całych fraz, a innym razem jedynie pojedynczych orzeczeń
czy spójników. I znów końcówka: Powinien przed obecnym wyjazdem powiedzieć,
jak bardzo to docenia. Powie, przy pożegnaniu powie.
Osobiście uważam, że: „Powie. Przy
pożegnaniu powie” zrobiłoby dużo lepszy efekt.
To była taka namiastka ucieczki, oderwania
się, odcięcia, odseparowania. – Czytelnik już po oderwaniu się czy
ucieczce zrozumie, o co chodzi. Reszta to wyrazy bliskoznaczne. Na dłuższą metę
męczące, a przede mną jest jeszcze tyle tekstu.
Marzec był czasem podróży, wędrówki,
ucieczki — koniecznej, niezbędnej, przymusowej, która musiała się odbyć bez
względu na wszystko, bez względu na wszystkich. – No dobrze. Ale ta myśl przewinęła się już tyle razy w tym tekście, że
jak jeszcze raz mi ją podasz, to uznam, że masz mnie za kretynkę.
Grunt, że teren zewnętrzny został
przygotowany i można było się zabrać za teren wewnętrzny. – Przed tym zdaniem pojawia się opis tego, jak Michał poradził sobie z
planowaniem wolnego na marzec. I po nim spodziewałam się już raczej przemyśleń
wewnętrznych i przekroczenia progu. Właśnie z wnętrzem Michała skojarzyło mi
się to zdanie. A tu przecież trzeba jeszcze ogarnąć mieszkanie, spakować się… No
i okazało się, że chodziło o wnętrze jego domu. Coś mnie tu zmyliło.
Na rzucone przez małe „Dobry!” nie miał co
odpowiadać — dziewczynki już dawno go zgubiły, zostawiły, zapomniały, zajęte
swoim bliźniaczym pędem do szkoły. – Ależ jesteś wytrwała w tym sadzeniu
bliskoznacznych. Jednocześnie podziwiam i wzdycham, bo czasem to się przydaje i
buduje klimat. A czasem jest zbędne, bo te dziewczynki nie zagrały praktycznie
żadnej roli, poza inspiracją do opowiadania, o którym napisałaś może z pół
linijki. Minęły go to minęły. Na cha drążyć.
I Sebastian — dodał z komiczną męką w głosie — jakby ci znowu komputer nawalił czy
coś, to ja cię proszę, nie miej tych swoich skrupułów (...) – przy zwrocie do Sebastiana postawiłabym przecinek.
— Myśl trochę, zanim coś zrobisz — pouczył
jeszcze. Michał kątem oka zerknął na wiszący nad regałem owalny zegar. – Jako że zdanie o Michale nie należy już do części wypowiedzi Sebastiana,
warto byłoby je przenieść do następnej linijki i zacząć wcięciem.
Na pewno siedzą jak trusia w sali i
czekają, aż wielki i jaśnie oświecony pan doktor zechce im łaskawie objaśnić
(...) – trusie.
Nie dawało się od uciec od oznaczeń
(...).
Szukał jakiegoś pociągu regionalnego,
ostatecznie TLK-a, tak by na trasie mieć małe stacje, z
których łatwiej ruszyć w odludzie. – Usunęłabym „tak”. Samo TLK
wystarczy.
(…) część uwalniająca od wiedzy, oznaczeń
i konkretów, zaczynała się dopiero wtedy, gdy zaczynała się
wędrówka pieszo. W końcu Michał machnął ręką i zaczął wybierać pociągi
tradycyjnie (...) – o ile pierwsze powtórzenie można uznać
za celowe, tak drugie już mi się gryzie.
Zresztą, żeby być szczerym — przecież
podczas wędrówek i tak nie uwalniał się w zupełności od oznaczeń, tablic
informacyjnych, pewnego osadzenia na mapie. Trudno, widocznie niemożliwe było
stuprocentowe odcięcie się od tego wszystkiego. Nie w tym świecie. Nie, gdy się
chciało kiedyś powrócić. – Troszkę nad wyraz, bo gdyby Michał nie
chciał powrócić, to co? Nagle uwolniłby się od tablic informacyjnych i osadzenia
na mapie? Zaraz, zaraz… Mam nadzieję, że odniesienie do śmierci jako drodze
bez powrotu to tylko moja nadinterpretacja. Jeśli nie, to informuję, że ono
zupełnie nie pasuje do klimatu.
Wyczerpałaś temat do końca. Opisałaś
Szczecin, który się kocha i Szczecin, z którego się ucieka takim i takim
pociągiem stojącym na takim i takim peronie z widokiem z okna na takich i
takich ludzi. Opisałaś dosłownie wszystko, a czasami – mam wrażenie – nawet i
nadmiar, ale to tylko przez za dużą liczbę bliskoznacznych. Gdzieniegdzie, bo w
większości była to część cudownej stylistyki, która pozwoliła mi spędzić wraz z
Michałem ten dzień. Było melancholijnie i spokojnie. Mam nadzieję, że następna
notka odbije troszeczkę od tego klimatu i wraz ze zmianą miejsca pobytu –
zmienią się styl i sama atmosfera tekstu. Nie liczę przy tym na wielkie
suspensy, ale trzymam kciuki, by ucieczka Michała i wszystko to, co się w jej
czasie wydarzyło, było warta klejenia kolejnych zdań. Zatęskniłam już za
fabułą, bo tutaj poza opisami, które okazały się kwintesencją pomysłu, właśnie
jej brakowało. Ale na plus, bo przecież to były tylko przygotowania do Czasu
Wielkiej Ucieczki.
Rozdział 2: Na lądzie, w wodzie i w
powietrzu
Forma zbliżona do tej z poprzedniego
rozdziału. Zaczynasz podobnie – tak jak poznawaliśmy Szczecin, tak i teraz
poznajemy miejsce, w którym znalazł się Michał. Osobiście żałuję, że nie
podałaś nazwy stacji, na której wysiadł, choć można uznać, że to bardzo pasuje
do bohatera.
Las. Ścieżki, drzewa, chmury na niebie –
postać wszystko obserwuje, biegnąc przed siebie z muzyką w słuchawkach.
Niewiele się zmieniło, bo podobne środki stosujesz i tym razem. Wymieniasz,
powtarzasz, szczególny nacisk kładziesz na impuls jako nieodzowną część
marcowej ucieczki, którym rozpoczynasz akapit aż trzykrotnie.
To zawsze był impuls. Naraz — gdy już
odetchnął pełną piersią — zaczynał biec (...) – wychodzi na to, że impuls biegnie. Jako że to początek nowego akapitu,
zabrakło podmiotu w drugim zdaniu.
Później następuje wewnętrzne wyciszenie:
zupełne odepchnięcie od siebie jakiejkolwiek myśli, wręcz bolesne uspokojenie – w jakim sensie bolesne?
(...) cisza lasu, niepowtarzalna cisza
pełna różnorodnej muzyki, brzmiała najwspanialej wówczas, gdy skupiało się
jedynie na słuchaniu (...) – cisza pełna muzyki? To się wyklucza; nie
piszesz poezji, nie sądzę więc, by takie metafory trafiały do czytelnika w tak
przedobrzonym tekście. Usunęłabym też drugi przecinek.
Lubił też stawać przy pniu i wdychać jego
specyficzny zapach (...) – po tylu linijkach tekstu o ciszy warto
byłoby przypomnieć podmiot.
(...) rozgryziony pęd zabawnie
wsuwał się między zęby. Inne źdźbła skręcał w dłoniach (...) – zapominasz o podmiocie. Dość często w tej notce, a wcześniej nie
zwróciłam uwagi, byś miała z tym problem. Wiem, że domyślnie chodzi o Michała,
ale takie sytuacje potrafią zabrzmieć dość zabawnie w czasie czytania tekstu na
głos. Weź to pod uwagę.
Lubił spać na polanach, po uprzednim
sprawdzeniu, czy nie kładzie koca na mrowisku, z unoszącym się dookoła zapachem
drzew, z szumem gałęzi zmieszanym z muzyką z empetrójki, z trawami łaskoczącymi
w twarz, ze smakiem rosy na ustach z samego rana, z widokiem na pobliskie pnie,
sięgające ku rozjaśniającemu się niebu na powitanie nowego dnia. – Mam wrażenie, że kręcę się w kółko. O zapachu drzew było, szum gałęzi i
dźwięki empetrójki – były, trawa łaskocząca w twarz – również zaliczona
wcześniej. Jakbyś bała się przejść do konkretów, przesadnie rozczulając się nad
tym, co dla czytelnika dość oczywiste i z czym już się zmierzył, co wywnioskował
z poprzednich akapitów. Niańczysz ten las, Michała w nim i wymuskałaś scenę aż
do przesady. Tak czuję.
Dopiero teraz dociera do mnie, że
podzieliłaś sobie tekst na trzy części. Najpierw pisałaś o lesie ogólnie i
Michale w nim, potem o wodzie – ogólnikowo – i zachowaniu bohatera, i właśnie
mierzę się z częścią o powietrzu. Bardzo zmyślny manewr, aczkolwiek osobiście
uważam, że przegadany strasznie. Często to, co można wywnioskować ze zdań, w
których Michał nie występuje, pokrywa się z fragmentami o nim i mam wrażenie,
że dłużej stoję w miejscu, niż idę w przód. W poprzedniej notce liczyłam na to,
że w tej zadzieje się więcej, bo tamta była przygotowaniami do Wielkiej
Ucieczki. Zapowiedzią czegoś szczególnego. A na razie minęła jedna trzecia
tekstu, a ja jestem w lesie. Dziwię się, że w takim tempie zmieściłaś się w
czterech notkach.
Aczkolwiek tytuł jest adekwatny mocno do
tego, o czym czytam.
(...) po czym szedł dalej, odprężony i
rozbawiony. – Usunęłabym ten przecinek. Mam wrażenie,
że odbiera lekkość narracyjną. W ogóle lubisz gromadzić przecinki przed
dopowiedzeniami, wymuszając w ten sposób na czytelniku pauzę oddechową. To
spowalnia tempo. Mam wrażenie, że pełnię w tym tekście rolę jakiegoś ślimaka,
który dorównuje Michałowi w czasie wędrówki. Nawet w części o wietrze i biegu
rozmieniasz się na drobne. Sądzę, że akurat tam przydałoby się przyspieszyć.
Wykorzystać zdania proste, by fragment nie był zbyt rozlazły. W końcu to wiatr!
Ten, którego nic nie ogranicza, nie da się go powstrzymać!
Mnożysz czasowniki i nie wiem, czy to
dobrze, czy źle. Właściwie nie wiem, co o tym sądzić. Jest to część
wystylizowania narracji, ale dość męcząca, jeśli nie towarzyszy jej nic innego.
Zapewne bardzo dużo w tej kwestii zależy tak właściwie od gustu czytelnika – mnie
akurat taka forma odpowiada, dopóki nie przekroczy się pewnej granicy dobrego
smaku, jeśli nie ma się z tą formą do czynienia już któryś raz z kolei, a
odległość między takimi elementami jest niewielka.
(...) i iść, iść dalej, iść wytrwale, iść
zawzięcie, jakby na złość wszystkiemu, jakby pokazując, że i tak się postawi na
swoim, jakby forsując tym własną wolę wbrew jakimkolwiek trudnościom (...) – zmęczenie tą formą objawia się u mnie tym, że mam ochotę pisać, iż
przecież samo „iść wytrwale i zawzięcie” wystarczy, tłumaczy wszystko i
niczego więcej nie trzeba dopowiadać.
Och! I jeszcze można się tym zarazić!
Był zatem jakiś dzień: ciepły, więc Michał
mógł schować szalik do plecaka i zdjąć kurtkę, cichy, więc wyłączył na razie
empetrójkę i wsłuchiwał się w dźwięki dookoła, jasny i spokojny, więc wędrował
przed siebie opuszczoną przez cywilizację ścieżką — po lewej polana
przechodząca w las, po prawej mały strumyk, dalej krzewy i drzewa, pod stopami
piasek i kamyki, przed oczami dalsza droga, stapiająca się gdzieś na horyzoncie
z gałęziami i skrawkami jasnoniebieskiego nieba.
Nie. To jest dla mnie zdecydowanie jedno z
tych zdań do pocięcia. Niektóre przecinki wymuszają tutaj krótszą pauzę
oddechową, inne dłuższą, np.: „ciepły [krótka] więc Michał mógł schować szalik
do plecaka i zdjąć kurtkę [długa] cichy [krótka] więc wyłączył na razie
empetrójkę” itd. Te przecinki są po prostu różne, a zapisane tak samo.
Zdecydowanie lepiej brzmiałoby mi kombinowanie ze średnikami i myślnikami, ale
przy tak długim zdaniu wyglądałoby to nieestetycznie. W takiej formie natomiast
źle się czyta (jak tu uargumentować ten argument?). Mózg... hmm... naturalnie
stara się patrzeć na nie jako na całość. Szuka tej kropki. Kiedy zdanie jest
takie długie, to przykłada się mniejszą wagę do tego, co przekazuje, bo
czytelnik stara się połapać w konstrukcji zdania (i doczekać kropki). Myli.
Gubi. Nie wiem, jak to lepiej przekazać.
Był więc jakiś dzień; Michał szedł od dłuższego
czasu, od dość dawna, już długo – czasami mam wrażenie, że czytam Lokomotywę.
Męczę się, bo jest to upierdliwa forma. Przyjęłam, że mamy jakiś dzień, Michał
idzie od dłuższego czasu. Jak gdzieś w tekście napotkam to raz jeszcze, to
uznam, że posądzasz swoich czytelników o znikome umiejętności czytania ze
zrozumieniem i właśnie dlatego popełniasz grafomanię. Zabawa słowem to jedno,
ale trzebamieć jakieś poczucie smaku i estetyki. Znać umiar.
(...) lekki skurcz w żołądku
przypominał o ochocie na zjedzenie czegoś. Niekiedy przesuwał językiem po
suchych ustach (...) – nie ten podmiot.
Fragmenty tłumaczące dobór literatury, a
potem tłumaczące jeszcze jej przekaz – czuć, że skupiłaś się na tych
elementach, wdrażając się dość mocno, jednak dla mnie to tylko zapychacz:
(...) zachwycił się niepokojącą atmosferą
„Opowiadań z Doliny Muminków” i melancholią wywołaną przez mijający czas w
„Pamiętnikach Tatusia Muminka”; pokochał wreszcie pełnię rozczarowań i
zaczynania od nowa w „Tatusiu Muminka i morzu” oraz beckettowski charakter
„Doliny Muminków w listopadzie”. Co jakiś czas powracał — do całości, do
poszczególnych tomów, do wybranych fragmentów; te ostatnie wbijały mu się w
pamięć niczym drzazgi, drażniące, ale potrzebne, sprawiające niekiedy ból,
kiedy indziej zaś przyjemność, może czasem trochę przewrotną, przemieszaną. – Chociażby ten fragment nic mi nie mówi, bo nie czytałam wspomnianych
książek. Samo podanie tytułu nie zachęci mnie też do przeczytania, bo gdybym
miała kierować się tą zasadą – zamiast oceniać, musiałabym przeczytać wszystkie
teksty, które wymieniłaś w Priamelu, a to już zabawa na (minimum!) pół
roku. Cieszę się, że masz rozległą wiedzę i dzielisz się nią, ale akurat ten
sposób zdaje się na nic – według mnie – bo nie mam żadnego punktu odniesienia.
Nie wiem, dlaczego atmosfera Opowiadań z Doliny Muminków jest
niepokojąca i co w tym zachwycającego. Jednocześnie przy takich sążnistych
fragmentach (ten tutaj to, sama wiesz, zaledwie ułamek) nadal mamy od groma
tautologii i problemów więcej niż korzyści, bo jak niby mam wyobrazić sobie
„przyjemność przewrotną”? Twoje opisy to parabola. Albo zbyt plastyczne (i
przesadzone), albo wcale.
Samotna wędrówka, wywołująca ten
niewypowiedziany zachwyt, że można wędrować (...) – pierwszy przecinek wygląda mi na zbędny. Wędrówka/można wędrować – to
naprawdę brzmi płytko.
Dopiero przy fragmencie muzycznym
poruszyłam się mocniej, bo twórczość tych wszystkich artystów znam, a ta
znajomość dała mi konkretny wgląd na muzyczny gust Michała. Śmiało mogę
określić bohatera mianem kogoś, kto słucha muzyki, a nie gatunku, więc na coś
te wymienianie poszczególnych zespołów i wokalistów jednak się zdało. Gdyby
jednak znalazł się czytelnik, który części artystów nie skojarzy, to dla niego
ten długi akapit też będzie na swój sposób zapychaczem. Dużo lepiej
sprawdziłaby się metoda, gdy Michał słuchałby w takiej i takiej chwili takiego
i takiego artysty. Dla tych, którzy znaliby muzykę, byłby to ciekawy smaczek, a
tym, którzy nie ogarnęliby muzycznego klimatu – pomógłby klimat sceny i opis
(na przykład) dźwięków skrzypiec wkomponowanych w szum drzew. Natomiast sama
cholernie sucha lista nic nie wnosi.
I nawet nieważne, jakie rozwiązanie, czego
rozwiązanie i po co rozwiązanie. Jeszcze nieważne. Jeszcze — póki trwał
marzec. A marzec jeszcze trwał. – Tak, trwał, bo przed nami jeszcze dwie
notki o Wielkiej Ucieczce, a Michał wciąż wędruje. Te ostatnie zdanie jest dość
irytujące w swojej logiczności. Widać, że wkładasz w tekst mnóstwo serca, ale
przesadzasz i ocierasz się o grafomanię. Chcesz stworzyć coś wyjątkowego, lecz
to jest jak pisanie o niczym. Jak taki Paulo Coelho level hard.
W gruncie rzeczy lubił deszcz w czasie
wędrówki, więc szybko wrócił mu dobry humor; poczuł się nawet nieco
zawiedziony, gdy przestało padać, ale dzięki temu przynajmniej mógł zdjąć z
głowy kaptur, za którym nie przepadał. – Czyli pokomplikowałaś zwyczajne: „Mógł
zdjąć kaptur, którego nie lubił, w czasie deszczu, który lubił” – to była
pierwsza myśl, która wpadła mi do głowy po przeczytaniu tego zdania.
Fragment o żabie wyborny i szkoda, że
takich scen jak kot napłakał w tej notce. Naprawdę… ileż można czytać o
chodzeniu po lesie? Nie chcę, abyś mnie źle odebrała. To nie jest tak, że nie
doceniam tekstu przepełnionego poetycką finezją, ale dla mnie to za dużo.
Michał spaceruje lasem, unikając ludzi – omija ich, gdy pojawiają się w oddali.
Opisy natury poprzeplatałaś z czynnościami codziennymi jak jedzenie kanapek czy
kąpiel w jeziorze, ale generalnie, przepraszam, nudzę się. Poprzedni rozdział
bardziej mnie złapał za serce może dzięki jakimś interakcjom. Działo się więcej
i przedstawiłaś chronologicznie przygotowania do wędrówki. A tutaj nie ma
konkretnych scen, lecz powycinane momenty jakichś dni poprzeplatane z
powtarzającym się opisem przyrody. Nie przemawia do mnie ta forma. Po
fragmencie z żabą, dopiero przy niezdecydowanym deszczu uśmiechnęłam się
szerzej.
Końcówka na plus – ciepła, zapowiadająca
ciąg dalszy, wprowadzająca spokój. Aż chciałoby się wraz z Michałem policzyć te
gwiazdy w całkowitym milczeniu, a potem zasnąć.
Rozdział 3: Obrazki wiejskie, szkice
miejskie
— Jestem — potwierdził. Mała uśmiechnęła
się szeroko (...) – jako że zdanie o dziewczynce nie należy
już do wypowiedzi Michała, sugeruję przenieść je i wszystko dalej, o niej, do
nowego akapitu.
— Wódy nie czuć — mruknął właściciel pola.
— Weź go pan zbadaj — zaproponował znów
kaszlący człowiek.
Na ostatnią kwestię parsknęłam śmiechem.
Geniusz! Tak bardzo naturalnie to wyszło, że całą notkę łykam, nie mam nawet
większych uwag – sama widzisz, że ominęłam początek. Ten rozdział podoba mi się
bardzo, oj bardzo...
Właśnie tego brakowało mi w ostatniej
notce. Scen. Konkretnych scen, w których coś konkretnego się dzieje. Bez
wyeksponowanych, wymuskanych, pełnych epitetów zdań, które w kółko powtarzają
jedno i to samo.
Teraz perspektywa dostania jakiejś kanapki
wydała się spełnieniem marzeń. – Czy Michał w ogóle jada coś innego niż
kanapki? Były wspomniane w poprzednim rozdziale, już któryś raz pojawiły się
też w tym. Trochę wątpliwe jest żywić się tylko kanapkami przez długi czas.
Och, dalej pojawiły się zapiekanki. No
proszę. Mówię i mam – bardzo pozytywne zaskoczenie.
Po prostu chciał przez chwilę, właśnie w
mieście, poczuć się — inny. – Ten myślnik wydaje mi się zbędny.
W części o mieście i rozmowach brakło mi
samej rozmowy. Chociaż fragmentu. Wielokrotnie o nich wspominasz, opisujesz je,
ale dowód w postaci faktycznej wymiany zdań również byłby mile widziany.
O jasna cholera, Weredecki. – Brzmi bardzo Michałowo. No lepiej się raczej nie dało tego ująć.
To były tylko takie szkice, robione pobieżnie,
paroma kreskami (...) – dla lekkości narracyjnej odjęłabym te
przecinki.
Zdecydowanie bardziej podobał mi się ten
rozdział. Na równi z opuszczanym Szczecinem, ale na pewno przed tym, co na
lądzie, w wodzie i w powietrzu – ujął z powodu konkretnych scen, konkretnych
wydarzeń czy ich wspomnień okraszonych mniejszą ilością wyrazów
bliskoznacznych, powtórzeń, epitetów.
Swoją drogą, w myśl, że gdy pojawia się
karabin, to powinien on wystrzelić – Michał mógłby kiedyś odkopać ten wiersz o
żelastwie.
Rozdział 4: Każdy kiedyś wraca do swojej
Doliny
Nawiązania do Muminków w tej notce są
ujmujące. Dużo bardziej i przyziemniej niż samo podanie masy tytułów, jak miało
to miejsce we fragmencie o lesie.
Nie wiem, jak to się stało, ale w czasie
czytania tego rozdziału niczego sobie nie zanotowałam. Żadnych uwag nawet nie
miałam w głowie – poza samymi superlatywami.
Przez te cztery rozdziały zdążyłam
pochodzić w butach Michała, polubić go i zżyć się z nim, dlatego poczułam żal,
że to już koniec. Mam nadzieję, że bohater pojawi się w innych notkach.
Było poprawnie. Było naturalnie, było
opisowo, było plastycznie, było zielono, było spokojnie (i nawet Werdecki nie
zepsuł nastroju). Czasem zbyt flegmatycznie, zbyt długo i zbyt nużąco. Po
rozdziale o lesie musiałam zregenerować siły i położyć się spać, kolejny tekst
odpalić rano. Ciężko mi określić dlaczego, ale tamta notka była dla mnie czymś
w rodzaju wysysacza energii.
Czytałam przedmowy i szczerze gratuluję Ci
dokończenia tej historii, gdyż była to Twoja pierwsza wieloczęściowa przygoda,
a z zamykaniem takich jest zawsze najtrudniej. W skali 1-6 dałabym 4+ za samego
Włóczykija. Zobaczmy jednak, co będzie dalej.
06. CZWARTE UDERZENIE
W odniesieniu do sprawy technicznej,
czasem stawiasz dwukropek przed wypowiedzią w cudzysłowie, a czasem nie:
(...) rzucał wyzywająco paru osobom w
pobliżu: „Ej, stanę znowu na głowie, chcecie zobaczyć?”. (...)
Pierwsze łzy pojawiały się po poleceniu
ojca „Ściągaj gacie”, gdy się zdejmowało spodnie i majtki, a jednocześnie
powtarzało „Ale ja już nie będę!”.
Zdecyduj się.
Opieprzał, tak to chłopaki z podstawówki
nazywali. „Stary cię opieprzył, nie?” [kropka] Więc opieprzał, powiedział, że
nie życzy sobie, żeby mu przez kretyńskie zachowania syna jakieś dupki
przychodziły i pouczały (...).
Pierwsza część o świecie do góry nogami, o
klapsie i zbitym oknie wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie. Przede wszystkim
stylizacja – dużo powtórzeń, powrotów do myśli, nieraz kilkukrotnie tak samo
posklejane zdania, dublowane „bo” – mój znienawidzony spójnik w tak świetnej,
dziecięcej odsłonie. Bo tutaj właśnie mowa jest o dzieciach, więc i stylizacja
jest infantylna. Dzieci właśnie tak przeżywają swoje sprawy. O ile we Włóczykiju
mogłam na tautologię ponarzekać, tak tutaj nie mam sumienia. Za bardzo mnie
to ujęło.
Ta stylizacja zmienia się na przestrzeni
całości. Coraz starszy Andrzej coraz większą frustrację wylewa w myślach na
ojca. I jest to pokazane tak pierwszorzędnie, że ciężko w ogóle oderwać mi się
od tekstu. Przekonujące, bo chociaż wiek chłopaków (szesnaście) jakoś mi nie
podchodzi pod seks i głównie ta kwestia wprawia mnie w konsternację, to jednak
środowisko, w którym obraca się bohater, wykreowałaś na mocno prawdopodobne i
to ono bierze górę nad ewentualnymi elementami wzbudzającymi moją wątpliwość.
Tak po prostu mogło być.
W przypadku Andrzeja jestem też pewna, że
mając takie doświadczenia i relacje z ojcem, absolutnie nie dało się tego
rozwiązać w inny, mniej agresywny sposób, który zasugerował ktoś w
komentarzach. Czwarte przyłożenie musiało skończyć się właśnie tak, bo
każda cierpliwość się kiedyś kończy. Podziwiam, że Andrzej jak na swój
temperament i tak długo wytrzymał.
Moją zwyciężczynią i jednocześnie ulubioną
postacią tego tekstu była mama Andrzeja. Każde jej słowo było pełne matczynej
troski i brzmiało dokładnie tak, jak wyobrażałam je sobie usłyszeć w domu
starego komucha. Kobieta na medal. Druga – wychowawczyni Andrzeja. Trochę mi o
niej za mało, ale wydała się bardzo pozytywną i ciekawą postacią.
(...) a po trzecie, jak się ma trzynaście
lat, to serio wracanie do domu o siódmej – w lecie! – to obciach. – Coś mi to serio skrzypi. Pasuje jak najbardziej, ale
przeniosłabym to przed obciach.
Po piątym rzucił obejrzał się
szybko za siebie.
(...) i dzięki temu, dzięki zachowywaniu
zawsze wszystkiego dla siebie, [podwójna spacja] miał teraz możliwość
swobodnego operowania faktami (...).
(...) skupiony na dwóch kwestiach:
przeżywaniu satysfakcji z tego, co zrobił – oraz przygotowywaniu się
psychicznie na spotkanie z ojcem. – Nie rozumiem zastosowania półpauzy.
Ojciec był ponury, wyraźnie wściekły i z
trudem nad sobą panował, dało się to dostrzec po jego zaciśniętych szczękach. – Chyba jednej zaciśniętej szczęce?
Oberwał wprawdzie kilka razy, ale lekko,
sam natomiast uderzał celnie i z całych sił; miał dobrze opanowane uniki,
niezły hook i świetny backfist, nie mówiąc o kopnięciu frontalnym (...) – zwrot w języku polskim (sierpowy) na pewno ułatwi czytelnikom
niezaznajomionymi z typowo bokserskimi terminami.
Dopiero przerażony krzyk mamy,
która wpadła do pokoju, pewnie zaalarmowana ich krzykami (...) – to powtórzenie nie wygląda na celowe i źle brzmi.
Andrzej z trudem opanowywał uśmiech,
triumfalny, złośliwy, pełen pogardy uśmiech. – To również.
07. PATCHWORK III: BETONOWY DEMON GENDER
Podoba mi się nieszablonowość tego tekstu.
Odchodzi od innych głównie z tego powodu i to już samo w sobie czyni go nader
interesującym. Tematycznie nadal wbija się w pewne Musivowe standardy – jest
bardzo poprawnie, jest naturalnie, jest przyjemnie.
Cieszę się, że aby przedstawić
problematykę różnych założeń dotyczących ideologii gender, wykorzystałaś formę
komentarzy blogowych czy fragmentów publikowanych na tych blogach wpisów. Ta
forma nie jest dla wszystkich; trafi do czytelnika, który wie, z czym się wiążą
takie komentarze – brzmią naturalnie chociażby poprzez wykorzystanie skrótów,
anglicyzmów i innych wyrażeń charakteryzujących rozmowy w sieci. Także
tematycznie zawężasz jeszcze bardziej grono odbiorców. I mean, mojej mamie – na
przykład – nie byłoby sensu pokazywać tego tekstu (a przynajmniej niektórych
jego fragmentów, bo o opowiadaniach yaoi nie miałaby pojęcia, nie rozumiałaby
też uniwersum Star Treka, ale wywód Agnieszki o solorandkach na pewno trafiłby
w jej gusta). Dla każdego coś dobrego. Szczególną uwagę zwróciłam na definicje solorandki
i babsztylizmu. Tak, Aga zdecydowanie powinna kiedyś rozwinąć te
motywy, gdyż – jak rzeczy trzecie – to idealny materiał na kolejny wpis.
Dziwi mnie długość myśli na temat
samodzielnego wykonywania pewnych czynności – Aga bardzo lubi się rozwodzić i
drążyć temat, i ma rację, że (na nieszczęście) nawykiem powoli staje się pytać
i dziwić, dlaczego ktoś w ogóle ma czelność iść sobie do kina sam. Sam ze sobą,
w tylko swoim towarzystwie. I jeszcze jakim prawem ten ktoś czerpie z tego tyle
przyjemności! Rozumiem jak najbardziej, że cechą cebulactwa jest zaglądanie do
czyjegoś ogródka, ale mam też wrażenie, że rozwodzenie się nad złem tej cechy
przez kilka akapitów zakrawa o tautologię – w pewnym momencie Rzeczy
trzecich miałam podobne wrażenie. Jednak przeczucie to jest zapewne
uwarunkowane tym, że „demona dżender” osobiście się nie boję, a wręcz
przeciwnie – tańcuję w rytm jego melodii. Ostatecznie więc wychodzę z
założenia, że innym ten fragment przyda się pewnie bardziej niż mi. Nie da się
być obiektywnym, mierzy się zawsze swoją miarą. Nie mam zamiaru odbierać
żadnych punkcików, po prostu chciałam zauważyć coś, co zwróciło moją uwagę.
Aczkolwiek budowa myśli, ich prostota i ogólna tematyka mnie ujęły, czyli na
plus.
Od kobiet, które weszły albo chcą wejść w
ten [podwójna spacja] akceptowany kulturalnie schemat, pouczenia
słyszę znacznie częściej.
O! Jest i projekt tekstu na słuchowisko
radiowe. No, no, no. Robi się coraz ciekawiej. Krótka historia Bridżet –
geniusz. Chciałabym to usłyszeć, chciałabym móc czytać dalej, ale akurat
powróciłam na chwilę do wywodu betonowej Agi. Do jej fragmentu nie mam niczego.
Niczego, do czego mogłabym się przyczepić. A że pokochałam Agę i jej betonowe
refleksje (nie raz też udowodniłam to przy Rzeczach trzecich) – myślę,
że nie muszę już więcej wychwalać każdej pojedynczej myśli, aby ta ocena nie
stała się przesadzona i przesycona.
Bridżet – nie było odcinku drugiego, ale
jest i trzeci, i czwarty. Cosmologia, a potem kłopoty z mężczyznami – uśmiecham
się pod nosem; chłonę całość. Dalej projekt farfocla o zdrowej relacji
Spock-McCoy – takiej normalnej i pewnie niedocenionej przez wielu czytelników.
Trochę niżej spotykam pozostawiony pod jakimś bliżej nieokreślonym fikiem pozytywny,
obszerny komentarz. Dalej w tekście też przewijają się podobne komentarze. To
co najmniej dwie lekcje dla innych bloggerów. Pierwsza – gdy coś się podoba,
jest dobrze, to napisz o tym. Nie komentuj tylko wtedy, kiedy dostrzegasz jakiś
brud. To draństwo. Druga – merytoryczne komentarze są świetne, a dzięki nim
możesz nakierować też innych; i znów – nie tylko wypisując babole, ale i
docenić to, czego autor nie spieprzył. To też jest forma lekcji dla innych.
Dziękuję, Ome. Tak zwyczajnie, bo wnioski
(płynące za takim drobiazgiem jak ten fragment, ten komentarz) są łatwe do
wyciągnięcia. Widoczne. Za to uwielbiam Twój styl, tak normalnie docierasz do
czytelników.
Odcinek siódmy perypetii Bridżet jest
fantastyczny. Naprawdę, co mogłabym jeszcze o nim napisać? To kolejna odsłona
życia tej pomieszanej kobitki, której każdy czyn zaczyna się od paradoksu bądź
na nim się kończy. I tym razem było tak samo, ale nie nudzę się, ten szablon
nie zabija, bo każdy przykład i każda scena życiorysu Brygidy nasuwa inne wnioski.
Czego chcieć więcej?
I znów betonowa Aga. Tym razem chciałam
coś pomarudzić, że właściwie to Aga jest w tym tekście cholernie
niesprawiedliwa, bo przecież znam multum facetów, którzy mogą mieć w sobie
mnóstwo uroku (i myć się jednak trochę częściej, niż założono, a forma
depilacji pach, którą porusza w punkcie dwunastym niejako się z tym pokrywa –
jeśli wyobrazimy sobie męski tłum wracający z fabryk, przy temperaturze
czterdziestu stopni w sierpniu, w komunikacji miejskiej, wykluczając przy tym
miejsca siedzące, a żeby dobić – są to panowie w roboczych topach), jak i znam
mnóstwo kobiet, które właściwie mają swój wygląd gdzieś i kompletnie
zaprzeczają temu, co przeczytałam. Dalej – że mężczyźni też potrafią być
konkretni, szybcy (a jacy upierdliwi!). Że nie boją się płakać i, zupełnie
serio, znam takich, którzy nigdy nie postawiliby „babskiej błahostki” swojej
kobiety nad swoją ważną, męską sprawę.
I miałam napisać o tym cholernie długi
wywód, ale z dwóch powodów odpuściłam. Po pierwsze, dlatego że (mam wrażenie)
Aga tylko liczyłaby na taki komentarz, gdyż znam ją już z kilku wpisów. O ile
można ją nazwać kontrowersyjną, to na pewno nie można nazwać jej aż tak stronniczą,
ten fragment więc wymusza na mnie przymrużenie oka i dopiero z takim podejściem
świetnie czuję się w trakcie czytania. Po drugie, gdy dotarłam do punktu ósmego
(o paringowaniu Kirka, Spocka i McCoya), to wyszłam z założenia, że Aga pisze o
babach dla bab, co lubi w babach i podnosi baby na duchu. To żadne tłamszenie
męskości. Agnieszka wyciąga głupotki, które mają kupę sensu, ale i bzdurki,
które na oko kobiety mogą nie mieć żadnego… to nic, można się z nich pośmiać,
spojrzeć w lustro i powiedzieć: Hej, ale zajebiście być kobietą! Tato mówił,
że zawsze chciał mieć syna, a tu proszę! Jaka świetna babeczka mu się trafiła!.
W tym tekście najzwyczajniej w świecie nie ma miejsca dla facetów. No i po
trzecie: tytuł. Dlaczego lepiej byłoby być lesbijką? Mamy szesnaście powodów,
ale mimo ich świadomości Aga sama pisze, że nią nie jest. To również o czymś
świadczy, prawda? Więc chowam ból dupy do kieszeni i lecę dalej.
Kolejny wpis dotyczy znów fików ze Star
Treka. Nie znam uniwersum, więc absolutnie pominę ten temat, nie jestem też
żadną fanką yaoiców, więc tym bardziej chętnie odpuszczę. Napomknę tylko (raz
jeszcze), że takie komentarze czytać na swoich blogach to wielka rozkosz,
każdemu tego życzę i przechodzę do następnego wpisu.
Zauważyłyście, jak diabelnie wkurzający potrafi być niby to niewinny dotyk? Wyobraźcie sobie taką sytuację: siedzę w pokoju nauczycielskim, omawiam coś z rodzicem jednego z moich uczniów, gdzieś na drugim końcu pokoju siedzi jakiś starszy nauczyciel (…) i znienacka, bez słowa, poklepuje mnie po ramieniu, po czym wychodzi z pokoju. (…) Może facet nie chciał źle. Może to miał być jakiś sygnał wsparcia, wspólnoty nauczycielskiej (w stylu „trzymaj się, nie daj się rodzicowi”), może gest sympatii wobec młodszej koleżanki po fachu. Może. Może przesadzam. Ale to nie zmienia faktu, że odebrałam ten gest jako protekcjonalny – i seksistowski. Właśnie, seksistowski, bo ustawiający mnie w pozycji „mała dziewczynka, która się bawi w dorosłe sprawy facetów”. (...) I wkurza mnie świadomość, że jeśli jakoś bym wtedy, podczas rozmowy z rodzicem, wyraziła swoje niezadowolenie z tego klepania po ramieniu albo powiedziała o tym później, to zostałabym odebrana (...) jako czepialska, histeryczna i nie wiadomo co sobie wymyślająca baba.
Musiałam zacytować ten fragment, gdyż
bardzo często spotykam się właśnie z podobnymi sytuacjami w swojej branży i
zwrócił on moją uwagę. Tylko po to, by przeczytała go większa ilość osób –
proszę bardzo. Jestem na tak. Pod całym wywodem o wkurzającym dotykaniu
podpisuję się dwoma rękami. I znów – dziękuję, Ome. Po prostu dziękuję.
Mówiłam wcześniej o solorandkach. Mówię i
mam – chciałam i jest. I jeszcze lepiej, bo sama z miejsca porównałam
solorandkę z definicją rzeczy trzecich, a niżej właśnie to samo zrobiła Aga!
Fantastycznie przeplatasz myśli, nie jest to tym razem ciąg (od punktu A do
punktu B), to niechaotycznie zebrane fragmenty, poukładane w zmyślny sposób (na
końcu odczuwam brak Brygidy, ale w zamian dostaję materiał o szczeciniankach)
różnych projektów, wpisów, komentarzy, które w całości obrazują przeróżne,
głównie kobiece problemy, o których na co dzień się nie myśli lub o których się
zapomina; które nie wpadają do głowy, bo wydają się niby wszystkim wiadome, ale
jednak wychodzi na to, że niekoniecznie. Super sprawa.
(Ujęło mnie również to, że fragmenty
Agnieszki to nie żadna gęba-cholewa. Często zdarza się, że napomyka o czymś, a
potem dostajemy obraz całości, aczkolwiek największe wrażenie zrobił na mnie
fragment, w którym mówi, że jest wielozadaniowa i chwali sobie multitasking, a
potem czytelnik dostaje na to dowód w postaci naprawdę szerokiego asortymentu
jej projektów, często pokrywających się ze sobą terminowo).
Przyjemnym smaczkiem był również brak
interpunkcji w adnotacji od Julka przy Refleksji. Zachodniopomorskiego
Dwumiesięcznika Oświatowego. Zabawne, że komentarze pod wpisami blogowymi
potrafią być poprawniejsze.
Bez najmniejszego zgrzytu; zaczyna
brakować mi słów wyrażających radość wynikającą z czytania tak małych,
pozlepianych w całość przyjemności.
08. TYLKO NA CHWILĘ
Rozdział 1: Złudzenia bez potwierdzenia
Remigiusz to jeden z głównych bohaterów i
zarazem narrator opowiadania. Ma około czterdziestki, lecz jego sposób
wyrażania miłości wydaje się być naprawdę młodzieńczy (nadal umiem wskoczyć
w klimat mentalnego skretynienia z miłości). Nie da się ukryć jego
negatywnego stosunku do siebie samego, a powodem tego jest przede wszystkim
imię – co dla mnie jest lekką przesadą, by ono wprowadzało w kompleksy. Mimo to
wierzę, że istnieją takie osoby.
Remek nie posiada stałego partnera, choć
bywał w dłuższych związkach. Ciekawi mnie, dlaczego jednak te związki się
rozpadły? Nie mam pojęcia, czy to wynikało z problemów partnerskich, czy raczej
braku walki o „miłość do grobowej deski”? Reszta historii kręci się wokół jego
miłości do Andrzeja – tu pozwolę sobie napomknąć, że spodobał mi się zabieg
szczegółowego opisu mężczyzny, gdyż podkreśla on zauroczenie głównego bohatera.
(...) żłopaliśmy dzierżone w rękach piwo.
– Wszyscy mieli jedno piwo?
Podszedłem szybko – myśląc nerwowo:
„Remigiusz? Remek? Remigiusz? Remek? Zabrzmieć jak stary dziad czy jak
podstarzały lowelas?” – i usłużnie podsunąłem mu wygrzebaną błyskawicznie z
kurtki zapalniczkę. – To tylko jeden z fragmentów, który ukazuje
bogaty rys psychologiczny postaci. W całej miniaturze nie pomijasz niczego oraz
dajesz nam wiele informacji na ten temat.
Bez problemu wplatasz różne historie z
życia bohaterów w aktualną sytuację, tak jak robi to każdy człowiek bez
głębszego zastanowienia. Remigiusz ma wnikliwe przemyślenia, dzięki czemu
czytelnik z łatwością może wczuć się w jego sytuację. Dokładnie widać proces
myślenia człowieka np. podczas rozmów – na papierze dzieje się to w zwolnionym
tempie, a realnie są to naprawdę szybkie procesy myślowe (i mało kto zwraca na
to uwagę podczas przedstawiania historii).
Uniósł nieco brew, lewą – zauważyłem
potem, że robił tak, gdy chciał okazać swoje uprzejmie pogardliwe zdziwienie,
unosił tę brew lekko, na krótko, z wyraźnym przekazem „też coś” – bohater wyróżnia się umiejętnością szybkiego rozpoznawania emocji czy
intencji, dokładnie obserwuje Andrzeja. Jednak tutaj zdarzyła się mała
sprzeczność: Mniej więcej wtedy właśnie zacząłem go naprawdę uważnie
obserwować. Mimo że był tak małomówny i wyraźnie wolał zachowywać jak najwięcej
na swój temat tylko dla siebie, zdołałem zauważyć sporo rzeczy. – A
wcześniej tylko się przyglądał? I jeśli już tak wiele wywnioskował na jego temat,
to teraz ma zamiar wywnioskować jeszcze więcej? Nie wiem, czy to jeszcze
możliwe.
Wyciągnąłem papierosa, oddałem paczkę z
krótkim „dzięki” i przypaliłem własną zapalniczką (...) i dwie linijki niżej: – Dzięki – powiedziałem po pierwszym zaciągnięciu
się. – Raz chyba wystarczyło podziękować za tego fajka.
A tu mi dwudziestoletni smarkacze, którzy
w innych okolicznościach mogliby nawet być moimi synami, sami robili pierwszy
krok. – Cały czas podmiotem jest Andrzej i to o jego przypadku
piszesz, a brzmi, jakby Remek oburzony był zachowaniem każdego
dwudziestoletniego geja.
– Obejdzie się – mruknął rozbawionym
tonem. Wyraźnie podobało mu się i moje zniecierpliwienie, i moje słowa, i moja
– widocznie diabelnie wyraźna – ochota na niego. – Nie uważasz, że nieco przesadzasz z poziomem domyślania się u głównego
bohatera? Andrzej go spławił i się uśmiechnął, a Remek wyciąga z tego
dalekosiężne stwierdzenie, że chłopak nie tylko wie, ale i cieszy go ochota
rozmówcy. To nie Harry Potter, tu nie istnieje legilimencja.
(...) i wtedy, gdy przeciskaliśmy się
przez tum w Inferno (...) – Tłum.
(...) w pogniecionej koszulce i z fryzurą
w stylu „czesał mnie wiatr i to był huragan” (...). – Nawet nie wiesz, jak potwornie spodobało mi się to określenie!
Remigiusza wyróżnia zwracanie uwagi na
otaczający go świat. Jednak pojawiła się pewna rozbieżność – najpierw
powiedział, że maj jest cudowny, a później, że paskudny – przypadek czy
naprawdę ma zmienne upodobania?
Podoba mi się jego humor, potrafił mnie
nieraz rozbawić.
Dalej nie mogę zrozumieć, dlaczego Remek
tak bardzo starał się o względy Andrzeja, skoro tamten wciąż go odrzucał? Przez
swoje podejście i sposób dyskusji z ukochanym zaczął przypominać mi
stereotypową kobietę:
– Nie było tematu – uciąłem z irytacją. –
Zapomnij o tej rozmowie. I sam sobie jutro wracaj, skoro nie muszę cię odwozić.
– Nie ma sprawy – odpowiedział, nadal
wyraźnie rozbawiony. Pił herbatę z taką miną, jakby się świetnie bawił.
Ale potem wynagrodził mi to w czasie
powtórki. Więc na drugi dzień odwiozłem go do akademika.
Zaczyna mnie trochę denerwować jego ciągłe
mówienie o seksie i jak jemu oraz Andrzejowi wspaniale – to zrobiło się
nudne. Do pewnego momentu już z trzydzieści razy przeczytałam na temat
Remigiusza i jego ogromnego zadowolenia ze wspólnego zbliżenia oraz jak to mu,
czy im, cudownie. Czy to nie przegięcie? Mam przez to silne wrażenie, że w
sumie tylko to robią i nic poza tym.
Jak na skończonego idiotę przystało,
poczułem się idiotycznie szczęśliwy. – Jak zwykle po baraszkowaniu z Andrzejem
jest szczęśliwy i zadowolony. Czy kiedykolwiek nie był? Nie sądzę. Przesada?
Trochę bardzo.
Stworzyłaś (choć, jak widać to w Twoich
zakładkach na stronie, jest to zapewne postać autentyczna – pytanie, na ile
taka jest) bardzo intrygującego Andrzeja – młody, zarozumiały, tajemniczy,
szorstki. Aż dziwne, że główny bohater ma zamiar się za takim uganiać oraz
pokazuje chęć, by poznawać kolejne szczegóły z jego życia – dlatego pewnie
zachował się jak większość i… poszperał w jego teczce.
Oto jedne z bardziej podobających mi się
opisów charakteru Andrzeja:
Lepiej było nie nawiązywać z nim żadnej
rozmowy, dopóki nie wypił pierwszej kawy, bo albo w ogóle nie reagował, albo
warczał „Odwal się ode mnie, jeszcze śpię”, jednym słowem, przed pierwszą kawą
miał rano parszywy humor. A nie daj boże, żeby tej porannej kawy nie dostał,
snuł się wtedy z pokoju do kuchni zły jak osa, a w kuchni bez pardonu trzaskał
drzwiczkami szafek i operował naczyniami z taką siłą, że od razu przypominał mi
się komentarz jednego z bohaterów mojego ulubionego brytyjskiego serialu „Pan
wzywał, milordzie?”, brzmiący: „Mocna jest ta porcelana, co nie?”. Moja
zdecydowanie była mocna.
W powyższym fragmencie sugeruję postawić
dwukropek: (...) albo warczał: „Odwal się ode mnie, jeszcze śpię” (...).
(...) I jeszcze każdego wieczoru prasować
sobie koszule i spodnie na następny dzień – bo na uczelnię szedł w dżinsach
wprawdzie, lecz z kancikiem, w idealnie prostych koszulach i błyszczących
czystością glanach, plus ta jego aktówka, jeszcze tylko brakowało mu krawacika
i laseczki w ręku. Elegancik. Często rano, gdy już się ubrał, miałem ochotę tak
go poobściskiwać, żeby wygnieść na nim tę koszulę, ale podejrzewam, że najpierw
by mnie zabił wzrokiem, a potem błyskawicznie uprasował koszulę na nowo. – Opis Andrzeja trwa kolejne paręnaście akapitów. Czy to jednak trochę nie
za dużo? Naprawdę s p o r o wiemy już na jego temat.
Dużo informacji o nim uzyskałam podczas
sprzeczki mężczyzn. Znajduję potwierdzenie myśli w słowach narratora – Andrzej
jest odludkiem oraz uważa się za lepszego i wygranego. Ciekawe jak on robił
m.in. projekty grupowe na studiach?
Frapuje mnie, czy zmiana
nastawienia Andrzeja i chęć zostania wynika z otwartości Remka, czy raczej z
kaprysu młodzieńca, a może odczucia, że ktoś jednak go lubi? Stawiam na to
ostatnie. Komuś w końcu zależy na jego towarzystwie, gdy jest on kapryśny i
nieznośny. Remek dawał mu dużo swobody i widać, że starał się dogodzić
Andrzejowi, by chciał u niego zostać i zapewne z nim być – ale czy to
wystarczy? Pokazujesz także negatywy bycia bibliofilem – niezliczona ilość
książek, której nie ma gdzie pomieścić, a oddać ich nawet Andrzej nie pozwoli
(wszak wszystkie są podpisane).
(...) ale ogólnie szczególnie się nie
buntował. – Podwójna spacja.
Ścieraliśmy się – przez pewien czas, i to
całkiem ostro – o rozkład sił w łóżku. – Już raz o tym pisałaś;
wystarczy, bo nic się w tym temacie nie zmieniło.
Miałem prawo być przekonany [o jego zaangażowaniu]. Choćby – przede wszystkim – ze względu na to,
jak nam się układało w łóżku. – To zabrzmiało, jakby seks był podstawą
przywiązania do drugiego człowieka, a chyba nie to miałaś na myśli.
Ciągle nie potrafię tego zrozumieć –
co, gdzie, w którym momencie zaszwankowało. – Podwójna spacja.
(...) każdy tom pokreślony ołówkiem na
wszystkie strony i traktowany tak, jakby okładki były ze złota, a kartki z
platyny, więc groziła mi niezła awantura. – Nie uważasz, że to się
nieco wyklucza? Osoba szanująca książki nie maże po nich.
– Ale, do ciężkiej cholery, nie jestem
twoim chłopakiem, nie jestem z tobą w żadnym związku i nie mam wobec ciebie
żadnych zobowiązań w rodzaju poznawania twojej siostry, mamy czy chomika.
Jasne? Jasne? – powtórzył to pytanie z naciskiem. – Bo jeśli nie jest to jasne,
to mogę tę sytuację rozjaśnić w ciągu pół godziny, tyle mniej więcej potrzebuję
na spakowanie moich rzeczy. No więc? – Widoczna jest trudność zaakceptowania
stałego związku przez Andrzeja (zarazem jest to powtórka z rozrywki z jego
wcześniejszym partnerem – Marcinem). Unika go jak ognia i ani przez myśl mu nie
przechodzi, by tak się wyrażać. Niemniej jednak powiedziałabym, że są w stałym
związku (w końcu tak się zachowują, mimo że Andrzej np. wspomina o swojej
możliwości pójścia do łóżka z innymi facetami, a jednak ostatecznie tego nie
robi).
Czasami miałem wrażenie, że jest w nim
jeszcze bardzo dużo z dzieciaka – z takiego upartego dzieciaka, który chce za
wszelką cenę postawić na swoim, pokazać, że i tak zrobi po swojemu, udowodnić,
że potrafi przeforsować swoją wolę, choćby i najgłupszą. – Tak, to wyraźnie widać i to „dziecko” w ogóle nie znika. A potem Remek
tłumaczy go młodym wiekiem – ma dziewiętnaście lat. Jednak sądzę, że już na tym
etapie życia powinno się przynajmniej zachowywać jak dorosła osoba.
Nawiasem:
No tak, on jeszcze był dzieciakiem, miał niepełną
dwudziestkę (...) – Ale, ale…! Od ich poznania się i
rekonesansu w aktówce minął już rok. Chcesz mi powiedzieć, że Andrzej poza
idealnym ciałem, mięśniami, tyłkiem, czy co Ty tam jeszcze wymieniłaś, jest
wampirem i nie postarzał się ani o dzień?
Zakładam, że jeśli się dobrze
przewietrzysz, to będziesz miał potem jeszcze większą na seks (...) – Chyba jednak zabrakło tu ochoty.
Jestem przekonana, że Andrzej poprzez
powiedzenie Remigiuszowi, iż bawi go jego zazdrość oraz poprzez „wgniecenie go
w pościel”, gdy dowiedział się o tej zazdrości, chciał mu udowodnić
bezpodstawność niepokoju. A to sygnał, że jednak mu na nim zależy.
O mało nie wybuchnąłem śmiechem. A
widzisz, draniu, teraz ci odpłacę, rozbiorę się przy wszystkich, pójdę wziąć tu
prysznic i potem będę się diabelnie długo ubierał, pomyślałem z mściwą
satysfakcją. Po czym, oczywiście, błyskawicznie chwyciłem rzeczy i wyszedłem za
Andrzejem. – I jak zawsze „dla Ciebie wszystko”. Monotonia.
Nigdy nie zrobi nic na złość? W sumie się nie dziwię, skończyłoby się kłótnią.
Tymczasem Remek nie chciał ryzykować za żadne grzechy, w końcu zależy mu tylko
i wyłącznie na idealnym związku z Andrzejem – a ideały nie istnieją, tak jak i
oficjalny związek z chłopakiem.
Andrzej nie ma dobrego kontaktu z rodziną,
co wiemy z innych Twoich opowiadań. Ponadto pisze jak kura pazurem – to
wszystko sprawia, że obraz wyidealizowanego intelektualisty powoli zaczyna
mijać, co męczyło i denerwowało zwłaszcza z zestawieniem jego charakteru. W
dodatku w XXI wieku nie potrafił obsługiwać komputera, co może wydawać się mało
prawdopodobne jak na te czasy. Zaskakuje mnie jednak, że bez problemu się do
tego przyznał, gdy zwykle wszystko stara się zatajać.
Zwróciłam uwagę na groteskową sytuację –
inny homoseksualista Remigiuszowi zarzuca uganianie się za nieletnimi, a potem
sam zwrócił uwagę, razem z Remkiem, na młodego mężczyznę.
Nie żebym ogólnie miał coś przeciwko, ale
miałem z zasady wrażenie, że to ja, jako starszy, powinienem być na górze,
przynajmniej na początku – dzielisz się z nami informacjami
dotyczącymi pewnych elementów związku gejowskiego, co na pewno jest ciekawe dla
osób, które nie mają zbyt dużej wiedzy na ten temat.
W pewnym momencie opowiadanie przerodziło
się w rys psychologiczny Andrzeja – świat kręci się wokół niego. W to wplótł
Remek swoją historię, co dalej i tak tyczy się reakcji ukochanego. Na miejscu
głównego bohatera wpadłabym we frustrację, będąc z człowiekiem, który nie
potrafi odpowiedzieć na pytania o jego życiu i życiu ze swoim partnerem.
Powątpiewam w możliwość spędzania tak
dużej ilości czasu z człowiekiem, który nic nie mówi o sobie. Albo z takim,
który w ogóle nie mówi nic konkretnego. Jeżeli to Remigiusz wciąż podtrzymuje
kontakt werbalny – okej, podziwiam za ilość tematów. Ale tak przez parę miesięcy?
Świat tego opowiadania skurczył się do
czterech ścian – domu Remka – co jest na dłuższą metę przytłaczające. Zawarłaś
wszystkie ważne aspekty życia. Nie da się ukryć, że sprawy intymne są ważne w
partnerstwie, ale tu jest tego trochę za dużo (rozumiem, że bohaterowie pewnie
należą do tych osób, dla których jest to aż tak ważne). I po obszernym
fragmencie zamknięcia w czterech ścianach, a także kolejnym o życiu miłosnym
Remigiusza oraz Andrzeja – w końcu mamy możliwość wyjścia na świeże powietrze i
znalezienia się na uczelni chłopaka. Choć nie jest to nic fascynującego,
przynajmniej stanowi pewną odmianę i przyjemność z uwolnienia się z tej klitki.
Pomimo pojawiającej się rutyny, tekst
wciąga i wzbudza moją chęć poznania dalszych losów kochanków. Zaskakuje mnie
ich sposób nauki wzajemnej bliskości (raczej Andrzej się musi nauczyć, a nie
Remek) poprzez współżycie, bo chłopak zaczyna zwracać uwagę na potrzeby
Remigiusza.
Cieszę się, że w pewnym momencie okres
„różowych okularów” powoli mija Remigiuszowi i Andrzej zaczyna go naprawdę
denerwować:
No właśnie, przy tej rozmowie (…)
uświadomiłem sobie wyjątkowo wyraźnie, że Andrzej rzeczywiście nie ma ludzi
wokół siebie. Na początku mi to nie przeszkadzało, ale potem zaczęło drażnić –
zwłaszcza gdy się przekonałem, jak on sam z góry odrzuca każdą możliwość
nawiązania zwykłego, znajomościowego kontaktu.
Dziwi mnie, że Andrzej tyle pali, w ogóle
nie cierpiąc na, między innymi, kaszel palacza. Z tekstu wynika, że potrafi
wypalić parę paczek dziennie (to jest w ogóle
realne? Znaczy zależy, co się rozumie przez parę, no bo jak dwie, to
okej, ale przy trzech już miałabym wątpliwości). Nie wiem, ile lat żyje
w nałogu, ale jeżeli jest to paręnaście, wydaje mi się, że jednak przy takich
ilościach pojawiłyby się skutki uboczne.
Wystąpiła sytuacja, w której Andrzej
przyglądał się mężczyźnie – przynajmniej dopiero teraz narrator zwrócił na to
uwagę. Tylko… jak to mógł narrator wiedzieć, skoro jest nim Remek, a on zamknął
oczy? Chyba że, zamykając je, dostrzegł tę sytuację.
(...) były też momenty, gdy tak zwyczajnie
i po ludzku dawało się z nim porozmawiać. – Pod koniec widać, że
z Andrzejem jednak da się porozmawiać! Po prostu cud (Andrzeja przeszłość
była odsłonięta także w Priamelu, gdzie wyszło na to, że z Olką rozmawia
normalnie i utrzymuje zdrowe, ludzkie relacje. A w tej miniaturze, dopiero w
tym momencie ukazuje tę umiejętność).
Andrzej po tak długim czasie (zaczął już
drugi rok studiów) w końcu coś mówi o rodzinie. Pewien ciężar spadł mi z serca
– myślałam, że nigdy nic się nie dowiemy i zostanie „tajemniczym Andrzejkiem”
dla Remigiusza oraz czytelników nieznających poprzednich publikacji.
Czyta się prędko, z zapartym tchem. To tak
jakby czytać każde inne romansidło (nie często, a właściwie nigdy nie czytałam
o miłości męsko-męskiej). Masz bardzo płynny styl, dzięki czemu czas
spędzony na czytaniu opowiadania zdecydowanie nie jest czasem straconym.
Bohaterowie nie stronią od używania
wulgaryzmów. Nie ma ich jednak na tyle, by miały być bolesne dla odbioru
tekstu. Wręcz przeciwnie – podkreślają emocje postaci, co też bywa zbyt trudne
dla niektórych bloggerów.
Narrator podaje nam dzień, miesiąc, rok a
także miejscowość odbywania się akcji. Zachwycił mnie szczegółowy opis
szczecińskich uliczek – miałam wrażenie, jakbym znalazła się tam razem z
bohaterami. Także w mojej wyobraźni wyraźnie zarysowała się postać Andrzeja,
którego narrator dokładnie przedstawił. Jeszcze pojawiła się jedna deskrypcja,
która mnie urzekła, a dotyczy mieszkania:
(...) stare kamienice, kojarzące mi się z czytanymi w liceum powieściami z dziewiętnastego wieku, dość spokojne ulice, brunatno-brudne budynki, przedziwne ozdoby na elewacjach – a to coś w stylu wieńca liści nad oknem, a to głowy cherubinków, a to jeszcze inne kształty, których nie potrafiłem określić, biegnące wzdłuż albo wszerz ściany. Wielkie balkony – wiele z nich miało wymyślne balustrady, niektóre, jak u mnie, były zabudowane i włączone w przestrzeń pokoju jako swoista wnęka z olbrzymim oknem. Wysokie mieszkania, sporo powyżej dzisiejszej normy, więc niektórzy sąsiedzi porobili sobie antresole, głównie do spania albo jako schowek na niepotrzebne akurat rzeczy. Poza tym ulica była mało ruchliwa, zawsze udawało mi się znaleźć miejsce do parkowania pod domem.
Wśród barwnej całości zabrakło mi tylko
opisu klubu pod względem wyglądu. Chyba że narrator nie przywiązywał do tego
wagi?
Dialogi pojawiły się w dużej mierze pod
koniec opowiadania, gdy bohaterowie zaczęli ze sobą mieszkać na stałe (jeżeli
można to tak nazwać). Częściej jednak dało się dostrzec monolog Remigiusza niż
normalny dialog między nimi. Rozumiem, że jest to przedstawienie charakteru
Andrzeja, jednakże bywało męczące podczas czytania.
Opisy są bardzo realistyczne, naturalne
oraz obrazowe.
Pomijasz sceny aktu – opisałaś to, co
Remek zauważył w partnerze i rządzące nim emocje, i robisz tak za każdym razem.
Dajesz subtelny akcent oraz pomijasz fragmenty, które mogłyby zniesmaczyć.
Widocznie przedstawiona jest różnica
charakterów i wyglądu dwóch mężczyzn podczas dyskusji. Zachwyca mnie
umiejętność stworzenia takiej ilości niebanalnego tekstu, który na każdym kroku
informuje mnie o ich charakterze (a także przekazujesz informacje z życia
wzięte i przeciwne, co do siebie stanowiska – czytelnicy mają w tym momencie
czas zastanowić się, do którego myślenia im bliżej). Można
zauważyć różnorodny sposób wysławiania się bohaterów. Doceniam tę umiejętność.
Więc starałem się patrzeć w przyszłość – w
naszą przyszłość – optymistycznie. Należało po prostu trochę poczekać, aż
Andrzej się porządnie zadomowi w tym naszym „razem”, i wreszcie wszystko
wyraźnie, obustronnie dogadać. A potem cała sprawa powinna iść dalej swoim
rytmem, tak jak teraz, tylko jeszcze lepiej. – Remkowi bardzo zależy na wspólnym życiu, jednak nie wiemy, czy Andrzej
tego na pewno chce i czy zacznie pragnąć tak samo mocno stałego związku, bo na
chwilę obecną mam przeciwne wrażenie.
Bo przecież było nam razem dobrze. Bardzo
dobrze. – Na pewno było Remigiuszowi dobrze, ale czy Andrzej
nie wolałby innego życia? Takiej informacji nie uzyskujemy.
Pierwszy rozdział tego dwuczęściowego
opowiadania zachęca mnie do poznania dalszych losów Andrzeja i Remigiusza.
Trochę zmęczyły mnie pewne fragmenty, o których wspomniałam wyżej, lecz przez
większą część naprawdę dobrze się bawiłam, czytając i analizując postaci, które
zbudowałaś, dostarczając czytelnikowi wielu szczegółów – nie tyle o aspektach
fizycznych, ile o rysie psychologicznym, sposobie myślenia i postrzegania.
Szczegóły życia codziennego, jego problemy przedstawione są bardzo plastycznie.
Chylę czoła przed warsztatem, a przede wszystkim – zmysłem obserwacji i
wnikliwymi wnioskami.
Rozdział 2: Potwierdzenia bez złudzenia
– Nie zaczynaj – ostrzegłem. – Nie mam
ochotę na powtórkę z rozrywki, ale jak nie wytrzymam, to obaj zafundujemy sobie
historyczną awanturę. Ja jestem zmęczony i wkurwiony, ty jesteś zmęczony i
wkurwiony, ja się napchałem tego pieprzonego samochodu jak dureń, ty się go
napchałeś, ja cię zbluzgałem, ty mnie zbluzgałeś, bilans jest wyrównany. I
koniec. Jasne?
Musiałem wyglądać na naprawdę rozwścieczonego, bo Andrzej nie podchwycił propozycji awantury.
Ale gdzie Ty tu widzisz propozycję
awantury? Bo mi się wydaje, że takowa właśnie została Andrzejowi odradzona.
Gdy urlop się skończył, znów trochę
wyprostowaliśmy codzienny rytm (...) – Znów sugeruje, jakby to już się
zdarzało w przeszłości, jednak to pierwsza taka sytuacja.
Podoba mi się sytuacja z zepsutym
samochodem. Bardzo często autorzy, żeby stworzyć konkretne wydarzenie,
umieszczają w fabule rzecz niecodzienną, a potem wymuszają kolejne niezwykłe
zdarzenia. U Ciebie mężczyźni od dawna praktykowali naukę jazdy i wyprawy w
weekendy, więc nic dziwnego, że po jakimś czasie coś wreszcie nawaliło.
(...) widzę jednak więcej sygnałów
pozytywnych, na tak” (...) – Brak początku cudzysłowu.
Bylebyśmy się po sylwestrowym chlaniu nie
pomylili w drodze do łóżka, czyj [facet] jest czyj. – Tak bardzo
prawdziwe.
(...) a on w ekspresowym tempie pił swoją
poranną kawę, sycząc za każdym razem, gdy z tego pośpiechu sparzył się kawą.
– Remek, ten twój Andrzej to jakiś
skończony złamas, bardzo mi przykro, ale to zwykły głupi fiut. – Znowu bardzo realistyczne stwierdzenie. Często zaślepienie miłością
sprawia, że nie zauważamy prostych rzeczy. Tu potrzeba było Remigiuszowi, by
ktoś głośno powiedział to, co on już od dawna wiedział, a nie chciał tego
przyjąć do wiadomości.
Stoi z ponurą mina i mówi coś w
stylu (...) – Miną.
Cyna na widok zawartości mojego talerza
wzdrygała się z dreszczem szczerego obrzydzenia. W każdym razie miałem szczery
po powrocie zamiar (...)
(...) że czasem pachę alkoholem
(...) – Pachnę.
Naprawdę mnie męczy to, jak bardzo
potrafisz odejść od tematu. Widzę zdanie: A jednak go spotkałem, po niemal
piętnastu latach. Myślę sobie: o, ciekawe, jak to wyglądało. Następnie
serwujesz mi dwadzieścia (!) stron Worda tekstu o siłowni, samopoczuciu,
osamotnieniu, psie, Cynie i Łukaszu, zanim dojdziemy z powrotem do tematu
Andrzeja. Nie uważasz, że w takim układzie mogłaś sobie oszczędzić wymienionego
wtrącenia, ponieważ traci ono znaczenie po tej tonie tekstu, który jeszcze
czeka czytelnika przed dotarciem do meritum?
(...) i wspólne pomieszkiwanie w ostatnich
latach trochę nas na nowo do siebie przyzwyczaiły (...) – Przyzwyczaiło.
Pomyślałem nawet z rozbawieniem, że
obecnie z Andrzejem dwudziestoletnim nie wytrzymałbym w jednym pokoju pięciu
minut, albo wykopałbym go za drzwi, albo przełożył przez kolano, prał i tylko
patrzył, czy mu to zarozumiałe dupsko równo puchnie. – Przecinek przed pierwszym albo zbędny.
(...) później się trochę przyzwyczaił do
tego, że czasem pachę alkoholem (...)
Lektura tego opowiadania nie była łatwa.
Skupiłaś się głównie na aktualnych problemach: homoseksualizm i jego miejsce w
społeczeństwie, związki oparte na seksie, które wcale związkami nie są,
zabieganie w pogoni za karierą, w którym ciężko zauważyć drobne chwile.
Bohaterowie prezentują dwa różne światy, dzięki czemu widzimy zderzenie starych
i nowych trendów, dojrzałego spokoju z młodzieńczym zapałem.
Ale jest jedna rzecz, która mnie
koszmarnie zabolała już na samym początku i której nie jestem w stanie Ci
wybaczyć: spoiler.
Czemu od samego początku piszesz, że ten
związek się skończy? Rozumiem, że Andrzej jest specyficzną postacią, takim
czołowym uciekinierem Twojego bloga, ale, na litość boską, nie zaczyna się
książki od zakończenia. Czasem taki zabieg jest stosowany, ale nie podaje on
wszystkiego czytelnikowi na tacy, raczej wprowadza kolejny element tajemnicy. A
tutaj widzimy nadzieję, budowaną z czasem relację, dobre znaki i szansę na
przyszłość tego związku, ale cały czas wiemy, że to się nie uda. Takie typowo
dziecinne on zginie, gdy Twój kumpel zaczyna oglądać interesujący film,
który już znasz. Zepsuło mi to kompletnie lekturę.
09. RZECZY TRZECIE
Rozdział 1: Pierwsze, drugie, trzecie. I
trzecie
Muminki, lody i gorąca kąpiel jako sposób
na spędzenie samotnie babskiego wieczoru to pomysł bardzo cliché, ale wciąż ma
swój urok, jest zrozumiały i w dobrym smaku. Troszkę jak początek starej,
dobrej Bridget Jones, lecz mniej desperacko.
Rzeczy pierwsze to te, które
są i niezbędne, bardzo potrzebne, i ważne – bardzo przyjemne
nawiązanie do tytułu, ale wdarła Ci się podwójna spacja.
Napisać książkę. I zrobić jeszcze masę
innych „niepotrzebnych” rzeczy. – Wpadło mi do głowy, że na tym etapie rzeczy
niepotrzebne śmiało można nazywać już trzecimi. Bardziej komponuje się to z
tytułem, czytelnik zdążył poznać definicję wcześniej.
W ogóle cała historia jest wspaniała, a
idea z rzeczami trzecimi – niesamowita! Łyknęłam notkę jednym tchem, z
resztą nie można Ci odjąć lekkości narracyjnej, która sprawia, że chce się tak
łykać. Przede wszystkim tekst jest mądry. Pięknie się zawija – krąży w temacie,
nie jest chronologiczny, ale ma przemyślaną kompozycję. Żadnego akapitu nie
przeniosłabym gdzieś indziej – wszystko jest bardzo spójne. Całość przedstawia
też rzeczy ludzkie i ukazuje problematykę społeczną na przykładzie życia
Agnieszki w sposób naturalny, bardzo bliski też mojemu światopoglądowi, a
zawsze milej się czyta teksty, z którymi można się utożsamić. Osobiście jestem
zafascynowana tą notką i pokazałam ją nawet kilku znajomym oraz mamie. Trudno o
chociaż jeden mankament. Niby kilka się znalazło, ale to bardziej przeoczenia
językowe:
To było wredny cios poniżej pasa,
wiedziała o tym. – Był.
Gdzie ja jestem, gdzie, czym, kim, z kim, po
jakąś cholerę i dlaczego – po jaką.
(...) tylko po to, „by miał się niż
kto zaopiekować na starość” – nim.
(...) – wpisała w Google’a ten tytuł na
YouTubie. – No to wpisała go w Google’a czy na YouTubie?
Zresztą, musiała to uczciwie przyznać, pod
pierwszym okresie obrazy i złości Tadeusz też się trochę uspokoił – po.
10. ALBUM RODZINNY. MATKI – POLA
Jasne, że na początku nie zachwyciła ich
informacja, że Pola jest w ciąży – fajna wiadomość, rzucona rodzicom w twarz
miesiąc przed maturą! – a jeszcze bardziej nie ucieszyli się, gdy się okazało,
że Maciek się wypiera, że to jego, i rodzice Maćka też się wypierają, i w ogóle
co się zrobiła za paskudna awantura, taka brzydka, wstrętna, upokarzająca
człowieka awantura, tak jakby ona, Pola, latała z zadartą kiecką po całym
podwórku i za każdym chłopakiem, tak jakby nie chodzili z Maćkiem prawie rok,
tak jakby wcześniej mama Maćka nie mówiła „Poleńka, jesteś najładniejszą
dziewczyną, jaka tu do Maćka przychodziła”, a tata Maćka nie żartował „Ależ z
was ładna para, tylko do ołtarza”.
To zdanie jest bardzo ładne, świetnie
skonstruowane, ale mimo wszystko wydaje mi się, że nieco przydługie. Ciężko
czytać tak tasiemcowe zdania na jednym wydechu, prawda? Masz tu tyle wtrąceń,
tyle informacji, a nawet cytujesz wypowiedzi, że aż ciężko przyjąć taką masę
nowych wiadomości na raz.
Pola położyła dłonie na brzuchu i zamknęła
oczy. Wszystkie Polki idą spać, pomyślała. Duże i małe. – Ładniej by wyglądało, gdybyś zaznaczała myśli na przykład kursywą.
Byłoby to także bardziej czytelne.
16 stycznia marca 1987, Szczecin – musisz zdecydować się na jeden miesiąc.
Cudownie było studiować – historia
sztuki była jej żywiołem, jej kierunkiem, jej spełnieniem. – Podwójna spacja między studiować a myślnikiem.
Ale czasami z tęsknotą myślała o dwóch
pierwszych latach po porodzie, gdy siedziała z synem przez cały czas, gdy
była obecna przy każdym wydarzeniu, nawet najdrobniejszym i najmniej ważnym,
gdy zasypiając i budząc się, słyszała cichy oddech w łóżku obok. – Między gdy a siedziała wkradła się podwójna spacja.
Z kuchni słuchać było kolejne
uderzenia – najwyraźniej po przetestowaniu wytrzymałości nerwów matki Poldek
zaczął testować wytrzymałość drzwiczek szafek kuchennych. – Słychać.
Pola, w duchu życząc koledze i jego
rodzicom ataku karaluchów w całym mieszkaniu oraz ostrego zatrucia pokarmowego
przez najbliższą dekadę, odłożyła pracę, posadziła najeżonego Poldka obok
siebie przy stole i zaczęła wyjaśniać, tym razem wszystko i w pełni. – Wiesz, dzieciak w wieku dwunastu lat to trochę spory dzieciak. Nie
wyobrażam sobie, żeby mama takiego chłopca musiała go usadzać przy stole.
Raczej pokazałaby mu krzesło albo poprosiła o zajęcie miejsca.
Przedstawiasz scenę, w której Poldek się
zdenerwował i zaczął trzaskać szafkami w kuchni, a Pola zamknięta w pokoju pali
papierosy. Wypaliła ich z PIĘĆ, zanim Polek wszedł do pokoju ją przeprosić. Nie
zwrócił uwagi na kłęby dymu, które stworzyła jego matka, czy choćby brzydki
zapach? Siedziała na łóżku, nie ma w tekście mowy o choćby otwartym oknie. Może
za bardzo się czepiam, ale dla mnie, jako osoby palącej, wydaje się to
nierealne.
Oparta na ramieniu głowa przypominała
czasy, gdy Poldek, mały i trochę sepleniący, w gorszych chwilach wtulał
się w nią jak w poduszkę. – Podwójna spacja między chwilach
i wtulał.
„Poldek przegapił przy pakowaniu kilka
swoich książek”, gdy je podawał (...). – Podwójna spacja
między przecinkiem a gdy.
(...) widziała tych wszystkich ludzi, pod
jakimś względem „innych”, i to w takiej masie. Przez głowę zresztą
przewijała jej się cała masa różnych myśli, wrażeń, spostrzeżeń.
Szarozielone oczy zdawały się
wwiercać w człowieka. – Podwójna spacja między się i wwiercać.
Ta z zielonymi była na wózku. – Podwójna spacja między była i na.
Poldek przyniósł książkę, zrobił świeżą
herbatę, przez chwilę próbował oponować na propozycję zapalenia, ale w końcu
zmiękł i podał też papierosy; po wypaleniu jednego Marlboro rozstawił sobie
sztalugi przy oknie, w tym miejscu, gdzie mieli wspólną niby-pracownię,
wyznaczoną rozkładanymi podczas malarskich posiedzeń kawałkami samochodowej
plandeki, przebrał się w stary, poplamiony już na wszystkie strony dres – miała
taki sam „kombinezon malarski”, może nawet jeszcze bardziej ubabrany – i zaczął
malować.
Na koniec rozdziału opisujesz piękną scenę
opiekowania się Polka swoją mamą. Wcześniej wspominałaś, że Pola studiowała i
kochała naukę, Polek podobnie. Dlatego właśnie jestem w stanie przyjąć to, że
oboje uwielbiają czytanie książek. Ale o malowaniu nie wspomniałaś w tym
tekście ani słowem i ciężko mi teraz ot tak przyjąć do wiadomości, że i Poldek,
i jego matka mieli talent oraz pasję przez tyle lat. Ten motyw pojawia się w
innych Twoich utworach, bo jeśli ktoś czyta wiersze Poldka, to jest w temacie,
jednak dla czytelnika, który przeczyta tylko ten tekst, informacja o malarstwie
będzie niezrozumiała i wprowadzała w konsternację. Mogłaś wpleść jakąkolwiek
wiadomość nakierowującą nas na to, przygotowującą do tego, że ci bohaterowie
mogą mieć cokolwiek wspólnego ze sztuką malarstwa.
ALBUM RODZINNY: OJCOWIE – MIREK
– Nie chodzi o to, który z was wtedy
kopnął piłkę – odezwał się wreszcie, z nadzieją, że głos nie zdradza
jego rozbawienia. – Graliście w piłkę, któryś z was uderzył tak pechowo,
że trafiła w szybę.
– Ale gdyby się działo – odezwał się
łagodnie – to przyjdź i powiedz. Zawsze możesz przyjść i powiedzieć mnie i
mamie, że coś się dzieje, wiesz? I my ci zawsze pomożemy. I zawsze będziemy cię
kochać, wiesz? – Strasznie często w wypowiedziach
bohaterów stosujesz celowe powtórzenia. Ma to na celu unaturalnianie dialogu,
jednak momentami robisz to tak często, że czytelnik zaczyna się irytować, a
dorosły bohater wychodzi na bardziej dziecinnego.
Była też przyznaniem, że jednak coś się
dzieje, ze jednak jest coś, o czym trzeba powiedzieć – i to akurat
niepokoiło. – Że.
(...) dalej ci nie będę cytował, bo się
udławisz z wrażenia, w każdym razie w końcu zaczęły się jakieś konkrety.
I mamy salę. Kurwa – zakończył, wypowiadając przekleństwo tak komicznym tonem,
że Mirek nie wytrzymał i też się roześmiał, choć jednocześnie szturchnął syna w
bok. – W każdym razie – podjął Stasiek wesoło (...).
Rany, tato, już to przerabialiśmy
na początku, Ina nie jest w ciąży, ślub nam nie będzie przeszkadzał w
skończeniu studiów i nie, nie pobieramy się za wcześnie. Znaczy ja wiem, o co
wam chodziło i że pytaliście z troski, a nie przez złośliwość, ale myślałem, że
już to przerobiliśmy.
Wrzucisz sobie na Facebook, niech się
twoje studentki skręcają z rozpaczy, że twój diabelnie przystojny brat jest już
zajęty. – Facebooka.
Oba teksty z albumu rodzinnego nawiązują
do podejścia rodziców do ich homoseksualnych dzieci. I oba teksty napisałaś tak
lekko, że na pierwszy rzut oka trudny temat staje się czymś normalnym, o czym
można pogawędzić z koleżanką przy niedzielnej herbatce. I to jest w Twoich
tworach świetne – przedstawiasz wszystko w tak prosty sposób, że nie czuje się
podczas czytania żadnego zażenowania, urazy, że akurat taki wątek wzięłaś na
pierwszy plan własnego tekstu.
EKSKURSY
01. LEKCJA POGLĄDOWA O TWORZENIU ŻYCIA.
WYDANIE BIBLIOPATYCZNE ULEPSZONE
Ten ekskurs wiąże się z Priamelem –
oba teksty ładnie się uzupełniają. Lekcja poglądowa… to tak naprawdę
krótkie streszczenie tematyki Musivum. Mamy Olgę. Olgę, która błądzi po
(nareszcie) swoim mieszkaniu w poszukiwaniu pozycji do przeczytania.
Fascynujące jest to, że trafia na różne książki o różnej tematyce, wspominając
przy tym ludzi. Wyodrębniłaś te bardziej lub mniej ważne informacje na temat
większości bohaterów Musivum i krótko ich scharakteryzowałaś – wyszło Ci to
naprawdę świetnie. Bo tak naprawdę właśnie o to chodziło w całym ekskursie;
Olga wydobywa najważniejsze cechy swoich znajomych na podstawie tego, co robią,
co czytają, jak się zachowują. Jej spojrzenie na ludzi wydaje mi się bardzo
naturalne i jednoznaczne.
Jednocześnie poprzez rozkład egzemplarzy i
opis umiejscowienia Olgowych książek niegdyś, a teraz, widać, jak bardzo Olga
kocha i szanuje książki. Wydaje mi się, że ma to spory wpływ na postrzeganie
jej jako osoby. Olga w moim mniemaniu jest dość specyficzna, tutaj
przedstawiona w łagodniejszej wersji.
Największym plusem Lekcji poglądowej…
jest to, jak opisujesz książki. Piszesz o nich z taką czułością, miłością… bez
względu na rodzaj, każda jest wspaniała. Niemal uosabiasz książkę, podnosisz do
rangi przyjaciela, a robisz to w tak lekki i nienachalny sposób, że ja to
kupuję. Z tekstu aż się wylewa to, jak ważną rzeczą w życiu Olgi są książki. I
nie tylko w jej życiu, to odnosi się również do innych bohaterów Musivum. Jest
to jeden z ważniejszych tematów, ale przedstawiony tak delikatnie, że nie
męczy.
02. KU STRONOM
Zacznijmy od tematyki. Ten ekskurs
przypomina nieco poprzedni, tylko zamiast Olgi mamy Tovip i Wiktora. Widzimy,
jak autorka, której twórczość tłumaczy Wiktor, postrzega literaturę, bo w końcu
napisała książkę o książkach. A na skutek cytowanych fragmentów, komentowanych
przez Wiktora w myślach, poznajemy Wiktorowe poglądy, jego odbieranie
rzeczywistości, przeszłość i rodzinę. I ten świat Wiktor nam przedstawia,
korzystając z fragmentów Tovip, opisującej miłość do książek. Mama, która
prowadziła bibliotekę, zrodziła w autorce wizję biblioteki-kobiety. To bardzo
ładne nawiązanie; kobieta kojarząca się z miłością i dobrocią, z opiekowaniem
się i wychowywaniem dzieci, w tym tekście ukazana jako biblioteka, wprowadziła
Tovip w świat literatury. Podoba mi się to, jak łączy czytanie z życiem
codziennym. Miesza zmysły, kolory, sceny, a jednocześnie pisze tak lekko,
nieskomplikowanie. Bardzo dobrze przyswaja się jej fragmenty.
Cała kompozycja tego ekskursu – przeplatanie
się cytatów książki z rozważaniami Wiktora – dopełnia się. Czytelnik już
wie co nieco o wydarzeniach z życia Wiktora, resztę może łatwo skojarzyć. Już
sam fakt nawiązania do Olka wiele nam mówi.
Wydaje mi się jednak, że za bardzo
rozwinęłaś wątek sklepu, który potem ucięłaś. Albo mogłaś go skrócić, albo
pociągnąć dalej. Na pewno wyszłoby coś ciekawego, bo w tym momencie zachęciłaś
czytelnika i dość szybko zakończyłaś temat. Czuję lekki niedosyt.
03. TYDZIEŃ Z ŻYCIA STUDENTKI FILOLOGII
KLASYCZNEJ. UAM 2004
Ach, jaka ja muszę być już stara. Wykasuj
mój numer gadu z listy – niedługo ludzie zapomną w ogóle, że istniało coś
takiego jak G-G, a matura z matmy jeszcze nie była obowiązkowa. Ujmuje mnie ten
powrót do przeszłości. Fakt, nawet paprykowe Lay’sy wtedy jakoś lepiej
smakowały.
Świetne jest to odbicie od formy. Piszesz
o dziewczynach, które piszą wspólnie parodię studencką, więc historia to
praktycznie same dialogi.
Co tu dużo pisać? Dziewczyny się dobrze
bawią, to i ja mam ubaw. Zaczynam się wczuwać, jak gdybym siedziała tam razem z
nimi i tak samo razem z nimi pisała. Również usunęłabym „pojebów”, ale ropucha
faktycznie wypadła zabawnie.
„Trochę chciała siusiu” – zamieniłam na
mniej infantylne „siku”.
„panie, spuść na mnie szesnaście ton z Monty
Pythona, bo inaczej zaraz spadnę z krzesła i będę się zwijać ze śmiechu na
podłodze”. – Jeżeli „Panie” odnosiło się do Boga, to
sugeruję wielką literę.
— Błagam, przestańcie. – Z ust mi to wyjęła. Pomyślałam dokładnie to samo. Analizy bywają zabawne,
rozładowują napięcie, a czytać o tym, jak się je tworzy samo w sobie jest
genialne. Agonalne drgawki zrobiły mi dzień jak nic, a tu jeszcze tyle tekstu
przede mną. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nijak nie spodziewałam się
takiego rozwoju wydarzeń, naprawdę. Podejrzewałam, że dziewczyny będą męczyć
parodię do końca tej notki.
— „Resztkami sił odgarnąłem
złotobladoniebieskowłosemu kosmyki od oczu”.
— Autorka miesza się w zeznaniach, przed
chwilą najpierw było „blado”, a dopiero potem „złoto”. – Kocham cię za to, co tu naskrobałaś. Całym moim sercem.
Końcówka z orzechem wyborna, a
wcześniejsze próby spisania książki… Ome, to jest świetnie rozegrane. Pokazuje
kolejną ideę powstania Musivum i jest wyrażone w tak naturalny sposób, że
kłaniam się nisko.
To tekst na pięć. Niczego więcej nie
dodam, bo wyjdzie z tego niezły panegiryk.
04. TRZY DNI, NOC I PORANEK
Zacznijmy od tego, że już sam tytuł mnie
zaintrygował. Po tekście spodziewałam się, że będzie opisywał trzy dni z rzędu,
a jednak zaskoczyłaś zupełnie odrębnymi datami wydarzeń. Mimo wszystko bardzo
spójnie przechodziłaś z jednych do drugich.
Głównym zaskoczeniem w tym przypadku była
narracja – piszesz w trzeciej osobie, ale w czasie teraźniejszym. Jest to miła
odskocznia od zazwyczaj stosowanego czasu przeszłego, szczególnie, że dobrze
się odnajdujesz w tekście nawet przy zmianie czasu.
Trzy dni, noc i poranek to jeden z tekstów, który czyta się przyjemnie, ale porusza dość ważne,
raczej trudne tematy. Piszesz o Olku, który występował wcześniej, a także
gdzieś w tle przewija się Olka, ale narracja jest z perspektywy Konrada. I tu
dość ciekawie ujęłaś problem zdrady – nie pisałaś o tym, jak cierpi osoba
zdradzona, lecz zdradzająca. Nie da się ukryć, że cały utwór to realistyczne,
psychologiczne przedstawienie cierpienia człowieka, który wie, że zrobił źle.
Większość tekstu polega na wyciąganiu wniosków przez Konrada z zachowania Olka
i swojego.
Konrad wie, że prośba o wybaczenie zdrady
nie jest prośbą codzienną, taką, którą można wyrazić na każdym miejscu i
o każdej porze. – W każdym miejscu.
W całej postawie Olka, siedzącego na swoim
łóżku, z łokciami wspartymi na udach i dłońmi splecionymi między kolanami,
lekko zgarbionego, ze wzrokiem utkwionym w podłodze, jest coś potwornie
zrezygnowanego i — dopiero teraz Konrad zdaje sobie z tego sprawę — i
zawiedzionego. – Podwojone i niczego nie
wnosi, nie podkreśla ani nie wzmacnia.
Wpuściła go jednak, za co był wdzięczny —
w końcu mogła zatrzasnąć mu drzwi przed nosem, byłaby do tego zdolna — wpuściła,
Konrad przez moment miał nadzieję, że zajrzy do Olka i powie coś w
rodzaju: „Konrad przyszedł”, to by trochę ułatwiło sytuację, choć sam w sumie
nie wiedział, jak; Olka jednak poszła do siebie, a zamknięte drzwi jej pokoju
mówiły wyraźnie, że nie chce brać w niczym udziału. – Od podkreślonego imienia lepiej zacząć nowe zdanie.
(...) bo Olek miał odruch łagodzenia starć
między swoim chłopakiem a swoją przyjaciółką (...). – Między chłopakiem a a wkradła się podwójna spacja.
Suche „Widzę” Olka zabrzmiało jak
przyznanie racji, że Konrad powiedział coś kretyńskiego.
W cytowanym widzę sugerowałabym
małą literę.
(...) więc ostatecznie Konrad przysunął
trochę brązowe, obrotowe krzesło na kółkach i usiadł w przyzwoitej odległości
(...). – To brzmi, jakby krzesło, które przysunął
Konrad, było tylko trochę brązowe.
Dopiero po kilku sekundach do Konrada
dociera, że Olek się roześmiał; roześmiał się i w tym momencie wróciło w
jego twarzy to coś, co zawsze tak ujmowało, ten wesoły, nieco łobuzerski wyraz,
lekki błysk oczu, coś ciepłego i życzliwego w uśmiechu.
Polecam czas teraźniejszy, gdyż użyłaś w
tym momencie, które sugeruje powrót do teraźniejszości.
Wertuje, czyta, odrywa pasek na zakładkę i
zaznacza, i tak jeszcze parę razy, a Konrad siedzi naprzeciwko niego, na to
wyciągnięcie ręki, po turecku, tak samo jak Olek (...). – Zbędne to.
(...) i wraca na swoje miejsce, a stos
notatek, książek, dwa kubki z niedopitą herbatą oraz talerz z jeszcze kilkoma niezjedzonymi
kanapkami z serem i sałatą (...). – Dziwne by było, gdyby leżące kanapki
były zjedzone. Brzmi to dziwnie.
— Ciuchy też. Zwariowałbym teraz z
suszarką — dodaje; słuchać zamykanie drzwi od pokoju Olki (...). – Słychać.
Ostatnia scena, scena seksu, w Twoim
wykonaniu prezentuje się cholernie dobrze, a przede wszystkim – dojrzale.
Potrafisz ładnie połączyć dwie sfery: uczucie i cielesność. Przeplatają się ze
sobą i łączą, co idealnie obrazuje myślenie Olka. Bo Olek miłość i seks
traktuje jako jedność, coś nierozerwalnego. I mimo że cały tekst opiera się na
erotyce, bo przecież zdrada, bo stosunek, chęć dotyku, to czytelnik nie odbiera
tego jako pożądania ciała, lecz pożądania miłości drugiego bohatera. W dodatku
fakt, że ta miłość to miłość homoseksualna, nie jest znaczący. Niezależnie od
płci ten ekskurs może być kierowany do każdego. Jestem pod wrażeniem, brawo.
05. DIALOGI HISTORYCZNO-KULTUROZNAWCZE
To, co jest najciekawsze w tym ekskursie,
to jego forma. Stworzyłaś masę tekstu, wykorzystując jedynie dialogi. Zrobiłaś
to tak, że wszelkie opisy były zbędne – możemy wywnioskować wszystko z samych
rozmów bohaterów. Strasznie podoba mi się taka forma i jestem pod wrażeniem,
jak przez jedynie fragmenty rozmów ładnie przekazujesz informacje o otoczeniu,
a także o tym, co robią bohaterowie. Bardzo łatwo mogłam wczuć się w tekst.
Sebastian i Michał zachwycali swoim zachowaniem; ukazywali swoją miłość poprzez
drobne gesty, codzienne czynności; pokazali, że ich relacja opiera się na
przyjaźni, miłości i wzajemnym zrozumieniu, a jednocześnie widać było, że zachowują
się dość normalnie i robią to samo, co zwykli ludzie codziennie, jak
przykładowo rozpakowanie zakupów. Z łatwością dało się rozróżnić kto co mówi –
zarówno Sebastian, jak i Michał są tak różni, że nie sposób się pomylić, a
jednocześnie dogadują się tak świetnie, że przez cały tekst można było wyczuć,
że zgrywają się idealnie. Tym, co mogło razić, było to, że niemal każdy
fragment kończył się seksem. Ja wiem, że to dorośli mężczyźni, którzy się
kochają i okazują sobie miłość tak często, jak mają ochotę, jednak wydaje mi
się, że każda czynność się do tego sprowadzała. Niby czytają te książki, niby
chodzą na zakupy, ale to wszystko kończy się seksem. Tak jakby tylko szukali
pretekstu, by móc się kochać. Dość mocno podkreśla to fakt, że wyciszają komórki,
żeby Julek im nie przeszkadzał, bo przecież są zajęci sobą. Wciąż i wciąż.
Podobnie częste używanie określenia rudzielec, co stawało się irytujące,
głównie poprzez ciągłe wspominanie o zabawie włosami naszego bohatera. Nie,
żeby takie zachowanie było złe, ale powtarzałaś to do znudzenia przez cały
tekst. Mimo wszystko był zabawny i bardzo ładnie skonstruowany. Zakładam, że
udało Ci się wszystko przekazać tak, jak chciałaś – zwykłe, codzienne czynności
ukazujące miłość i idealnie dobranie się tych dwojga. Przyznam, że dobrze się
bawiłam.
06. TO, CO SIĘ MOŻE WYDARZYĆ
Ten ekskurs jest dość krótki. Mimo
wszystko zawarłaś w nim dużo emocji, niedopowiedzień, czytelnik, nie znając
dokładnie sytuacji (bo może tylko snuć domysły, co się stało), potrafi odczuwać
tekst całym sobą.
Znów dominuje czas teraźniejszy,
przeplatany z przeszłym, co wyszło znakomicie.
Tym razem więc to on idzie do Krzyśka, na
jego stancję; staje przed jego drzwiami, dzwoni, słyszy jego kroki — i w progu
staje Krzysiek, zdumiony, trochę zjeżony — zjeżony, cholera, to słowo będzie
chyba prześladowało... —
Zbędny myślnik na końcu zdania.
(...) i gdy już są w środku, gdy słuchać
ciche szczęknięcie zamykanych drzwi, gdy atmosfera robi się napięta (...). – Słychać.
Tekst skupia się na wyobrażeniach Wiktora.
Zdaje się, że ma to podtekst erotyczny, jednak wydaje mi się, że próbujesz
pokazać egoizm Wiktora, a także paniczny strach przed zbliżeniem do Krzyśka.
Niby jest to jego marzenie, ale się boi. Wiktor śni o rzeczach, które nie
dzieją się nigdy, przykładowo spotkanie z Krzyśkiem gdzieś między ludźmi, co
wcześniej nie miało miejsca. Widać wewnętrzną walkę Wiktora z samym sobą; cały
tekst przepełniony jest masą negatywnych emocji. I o ile wyobrażenia Wiktora
wprawiają mnie w dziwny niesmak do jego braku empatii, o tyle całość jest
zbudowana psychologicznie w taki sposób, że czyta się przyjemnie. A szczególnie
zakończenie daje wiele do myślenia. I przez to jedno słówko w nawiasie
zastanawiam się, czy dobrze odbieram ten ekskurs.
07. PUSTY PROSTOKĄT ZBIELAŁEJ TRAWY
(...) to wszystko odbywało się w normalnej, naturalnej i przyjaznej atmosferze totalnego bajzlu, gdy na książkach leżały papiery, na papierach inne książki, na innych książkach płyty, na płytach upomnienia z bibliotek i rachunki, na upomnieniach i rachunkach wyprane skarpetki, których Michałowi się nie chciało składać, na skarpetkach kilka nowych zup Knorra, na nowych zupach Knorra stare opakowanie po słuchawkach, na starym opakowaniu po słuchawkach kilka niezidentyfikowanych rupieci, na kilku niezidentyfikowanych rupieciach sterta innych rzeczy, na stercie innych rzeczy kolejne parę książek, na kolejnych paru książkach jakieś notatki, a na notatkach triumfalnie tkwiły dwa wielkie jabłka, które Michał zamierzał zjeść podczas pisania czy czytania. Zamierzał gdzieś tak od tygodnia, tylko mu się zapominało, że ma żarcie pod nosem. Nie szkodzi, żarcie nie zając, nie ucieknie.
Bardzo urzekł mnie ten cytat i
postanowiłam wkleić go w całości – właściwie przypomina to, co w tym momencie
dzieje się na moim parapecie.
Zastanawia mnie ta kwestia bałaganu
Michała. We Włóczykiju Polskim bohater uchodził raczej za człowieka,
któremu niewiele do szczęścia potrzeba, wystrój jego mieszkania wyobrażałam
sobie więc jako minimalistyczny – ciężko nabałaganić, przykładowo w kuchni,
mając jedynie naczynia po dwie sztuki: dla siebie i teoretycznie gościa, a w
praktyce – Sebastiana. W każdym razie nie spodziewałam się tego bałaganu, nie
skojarzyłabym go z Michałem ani trochę. Raczej wyobrażałam sobie ten materac,
jakąś półkę na książkę i ze dwa kartony. Usypana górka śmieci nie przyszła mi
do głowy, ale to nic. To po prostu kolejna część Michała. Coś, co pomaga go
odkryć bardziej. Zbliżyć się mocniej.
Fantastyczne uzupełnienie Włóczykija
Polskiego. Niby z perspektywy Sebastiana – pokazujące jego spojrzenie na
marzec, przedstawiające jego rodzinę, jego wspomnienia, jego skojarzenia. A
jednak nadal Michałowe – nadal w mieszkaniu, w zaznaczonych cytatach z książek,
we wspomnieniach związanych z lodówką. Nadal z sokiem grejpfrutowym. Cudownie
dopełniający wpis.
Tytuł bardzo adekwatny do treści, ale
właściwie nie tylko on. Wszystkie muminkowe cytaty stworzyły bardzo ładne,
emocjonalne połączenie. Dodały smaczku o wiele lepiej niż te w marcowym lesie.
Uwielbiam Twój spokojny, melancholijny
styl. Relacja Sebastian-Michał jest jednocześnie niesamowicie idealna, bajkowa
(coraz rzadziej spotykam się tak piękną, prostą interakcją – wspomnienie o
kompromisach w postaci uchylenia okna czy podania grubego swetra to tylko dowód
na tę idyllę), jak i ludzka. Naturalna. Prawdziwa. O takich relacjach chce się
czytać. Ujmują, pokazują coś zdrowego, na czym powinni oprzeć się inni ludzie –
wspominasz dzięki scenom czy retrospekcjom o takich wartościach jak wzajemny
szacunek, zrozumienie, cierpliwość czy wyrozumiałość. To cenię w Twojej
pisaninie bardzo, ale to bardzo mocno. Życiówka na najwyższym poziomie.
08. POEZJA PROSTEGO FILOZOFA
Poezja w wykonaniu białym, ale
niekoniecznie trwa to przez cały utwór. Jest jednocześnie i heterometryczne, i
izometryczne. O kompozycji otwartej i zamkniętej – do wyboru, do koloru. Całość
wydaje się jednocześnie i jednością złożoną z analogicznych do siebie części, i
podzieloną, bo wszystkie te części składowe technicznie rządzą się osobnymi
prawami. Pomieszałaś, lecz smacznie.
Wpadłam w wir codzienności, bo czytam to,
co podmiot liryczny ma na końcu języka i za dnia, i wieczorem, i nocą.
Uczestniczyłm w różnych scenach, ale łączą się one ze sobą (np. podmiot boi się
w jednej z części, że przestanie „tak zwyczajnie patrzeć na drzewo”,
przywiązywać wagę do rzeczy codziennych i błahych, a w drugiej czytam, że
obserwuje spadające z drzew liście. To pozostawia w czytelniku pozytywną
emocję, budzi jednocześnie nadzieję i melancholię). W tym wszystkim jest masa
miłości – różnej miłości, bo i tej do rodziców, i do świata, i do Andrzeja. I
jest też dużo cierpliwości, wyrozumiałości. Normalności i ludzkich odruchów,
dlatego cały utwór znów tak bardzo mi się podoba, bo uwielbiam czytać o właśnie
takiej normalności. Naprawdę dobrze mi się to przyswajało, no może poza
elementami, które wyszczególniłam niżej.
stworzyłem sobie kiedyś filozofię
którą nazwałem „pana Satterthwaite’a
filozoficznym podejściem do życia”
Jeśli pojawił się cudzysłów jako
wyznacznik tytułu, to lepiej byłoby go zacząć wielką literą.
to była miła postawa życiowa
bardzo wygodna i dająca spokój
takie „być widzem scen z teatru
życia”
/
niczego złego w tym nadal nie widzę
ale i trwać w tym już dłużej nie umiem – Widzem i widzę poruszające zupełnie inne kwestie jakoś mi
się tak blisko siebie gryzą.
nawet wersy nie chcą się dziś zgadzać
liczbą sylab, średniówką ni rymem
tęsknię sobie bez rymu i rytmu
i próbuję, po nocy, bezradnie, bez celu
zrymować cię z jakimś czulszym słowem,
Andrzeju – Za długi jest ten ostatni wers. Źle się czyta. Złe
wrażenie po sobie pozostawia.
Może:
i próbuję po nocy, bezradnie, bez celu
Zrymować cię z czulszym słowem, Andrzeju.
Może jeszcze być tak, że zrobiłaś to
specjalnie, żeby pokazać, że w tym momencie podmiotowi wcale lekko ta sztuka
pisania o Andrzeju nie idzie. Ale wcześniejsze wersy podmiot liryczny miał
niczego sobie, więc to taki zabieg na raz, trochę bez sensu.
bardzo się nie nadajesz do rymowania
i średnio do kochania
i to, co tu wypisuję
to już czysty strumień świadomości
Widać, że wierszolist w tej części miał
być bez rymów, ale i tak Ci jeden wyszedł (nie)przypadkowy
(rymowania-kochania), więc co szkodzi drugi?
i to, co tu wypisuję
to już czysty świadomości strumień.
„na każdym miejscu i o każdej porze” – Och,
dziękuję! Dziękuję, że w tym całym wierszu, ale szczególnie tym fragmentem
udowadniasz, że potrafisz pisać i na biało, i kolorowo, i pewnie nawet i wspak
– masz genialne wyczucie smaku poetyckiego! Sadzisz tak genialne wersy, że
dawno nie czytałam niczego równie dobrego w sieci. Szczególnie właśnie strofy z
tej części zapadły mi w pamięć. Są smaczne. Jednak w ostatnim momencie:
„nagie instynkty” tylko coś mi dają
— twierdziłeś za dnia, w papierosów dymie
chowając noce zbyt bliskie i imię
i te dwa słowa, co cię przerażają – nie mam pojęcia, o jakie imię chodzi. I po co je chować? Jeżeli imię ma
należeć do podmiotu lirycznego, a bohater, o którym mowa, nie chce się do tego
przyznać, to akurat ten fragmencik wyszedł tanio. Jakbyś akurat tu na siłę
szukała rymu.
W części „kochać się z tobą” dwie pierwsze
strofy kończą się podobnie brzmieniowo:
ręką przesuwasz po moim biodrze / a ty z
pomrukiem zsuwasz mi spodnie
Następne dwie już nie:
błądzą na pamięć po moich plecach / a
potem leżysz obok i palisz
Popracowałabym nad tym, by wiersz lepiej
smakował. Wiem, że tutaj jest pięć strof, ale ostatnia część ma swoje
zakończenie w powtórzeniu: „pal diabli porę” i to samo w sobie daje już świetne
brzmienie, w życiu nie kazałabym dopisywać szóstej strofy na siłę. Poezję
powinno czytać się lekko, płynąć z nią. To bardzo dobry utwór, ale
dopieściłabym go pod względem tych przypadkowych rymów, które umilają odbiór, a
podpięcie pod nich kolejnych rymowanych linijek mogłoby udoskonalić szkielet
całego wiersza. Z tym że też bez przesady. Szanujmy białe.
papieros jeszcze nie czyni uczonym
ale już blisko — więc czemu odrzucać
(...)
***
unosisz w dłoni wspólną zapalniczkę
przypalasz wolnym ruchem papierosa
Strasznie dużo tych papierosów. Rozumiem,
że ten drugi pojawia się w nowej części sonetowej (a nie tak łatwo napisać
sonet – Tobie się udało, gratuluję), ale staje się on okropnie oczywisty. Może
użyj innego, niezmęczonego jeszcze określenia? Albo zwyczajnie zaimku, by
papieros pozostał domyślny? Bo to nie brzmi dobrze, gdy czyta się całość. No i
ostatni wers na pierwszy rzut oka przez taki szyk brzmi, jakby to papieros był
tym ruchem, którym się przypala… coś.
nie ma piękniejszego dźwięku
niż powtórzenie dwukrotnie tej samej
sylaby, która buduje dzieciństwo
(...)
nie mam pretensji do bycia dorosłym
nie potrzebuję takiej dorosłości
w której zagubić musiałbym to „mamo”
Wolałabym „mama” na końcu. W pierwszym
tercecie jest „dwukrotnie ta sama sylaba”. Ma, ma. To by się zgadzało i ładnie
zamykało utwór.
tęsknię za wczesnym porankiem
gdy po zbudzeniu ziewałeś
i rzucaliśmy monetą
kto przegra, robi śniadanie – tutaj sugerowałabym myślnik. Mocniej zaakcentuje pauzę.
dzień będzie nowy
dzień w dzień, codziennie, i wciąż od nowa
– ten wers jest trochę za długi. Źle się go czyta przy reszcie w miarę
regularnej pod względem długości.
Nie rozumiem, dlaczego uparłaś się na
wyeliminowanie prawie wszystkich obowiązkowych znaków interpunkcyjnych. Wiem,
że ich brak sięga romantyzmu, a awangarda podłapała ten zamysł w myśl idei à la
mieć gdzieś system. I świetnie, że przecinki pojawiają się tam, gdzie aż
prosi się o dłuższą pauzę oddechową. Ale w podanych niektórych tu przykładach i
mile widziana jest pauza, i kolejny wers zaczyna się chociażby od zaimka
„który”. To już dwa powody, by ten przecinek mógłby się tam pojawić. Ale jeżeli
tam, to i we wszystkich innych takich przypadkach. Bądźmy konsekwentni. W
niektórych cytatach przecinek stoi w środku. Pauza? Przyzwyczajenie do
oddzielania od siebie elementów, które się w tekście wymienia po kolei? No to
dlaczego nie postawić go między pierwszym a drugim takim elementem, np.: „ani
samemu nie chcieć na coś wpłynąć w nic się nie mieszać”? Brakuje mi
wyjaśnienia, dlaczego część znaków się pojawia, a część nie. Zacytuję „Poetykę
stosowaną” Seweryna Wysłoucha: „brak interpunkcji akcentuje wieloznaczność
poezji (...), jeżeli brak ten jest poetycko umotywowany, obarczony sensem, a
nie jest tylko wyrazem mody literackiej”. Czasem tego sensu w tym utworze
zwyczajnie nie widziałam.
Twoi bohaterowie dochodzą w różnych
scenach różnych prac do podobnych wniosków. W czasie czytania wiersza
przypomniał mi się cytat z „Kiedy zapominam, że widzę Innego”:
Jeżeli zagrożeniem każdej metodologii jest
uznanie swoich narzędzi, swoich klocków, za jedyne właściwe — to zagrożeniem
humanisty jako humanisty jest uznanie się za człowieka „ponad”, osadzenie się
gdzieś powyżej wszystkich innych dziedzin, nie dlatego nawet, że się tymi
innymi gardzi, ale dlatego, że zaczyna się widzieć swój humanizm jako to jedyne
pełne, prawdziwe, pojmujące człowieczeństwo.
Tamta myśl Michała niejako pokryła się z
myślą Poldka:
czasem się boję, że się zachłystuję
tą moją wiedzą, moim oczytaniem
że się oduczam ciągle dopytywać
/
czasem się boję, że kiedyś uwierzę
że po „dr”, „dr hab.” nie ma nic na świecie
o co się spalać warto by wewnętrznie
/
czasem się boję, że się kiedyś upchnę
sam, i radośnie, dziękując, że mogę
w jakieś pudełka układów, hierarchii
Dzięki całości buduję sobie obraz
wspomnień o Poldku. To fantastyczna odskocznia od prozy, a jest przecież równie
obrazowa. Plastyczna. Można te same wnioski wyczytać z różnych form
literackich. Bardzo mnie to ujmuje, porywa – szczególnie też przyciąga mnie
melancholia, którą przytłumiło odczucie, że za mało. Że chcę więcej. Że ja
poczekam, aż Poldek coś jeszcze napisze i wrócę tu, i przeczytam. Limeryki
cudowne. Sonety – ach, daj jeszcze! Niedosyt rośnie z każdą kolejną częścią,
każdą strofą tak mocno związaną z Poldkiem i jego rodziną, i jego Andrzejem.
I jego Szczecinem.
Dodatkowo po przeczytaniu kilku Twoich
zainspirowałam się do własnych, coś mnie natchnęło. I znów – dziękuję.
09. „NIEPOTRZEBNE, ZBĘDNE, BEZSENSOWNE”.
POSTSCRIPTUM
– Teraz sobie obejrzymy, jak Hiacynta
pojechała na licytację do arystokratycznego domu i kupiła ohydne wino. – Pamiętam ten odcinek! Czy Hiacynta przypadkiem się tym stęchłym wińskiem
wtedy nie upiła? Tak, wiem. Powinnam napisać coś kreatywnego o samym tekście,
ale nie mogę. Po prostu nie mogę oderwać się od przeżywania tych przeróżnych
rzeczy trzecich, od wczuwania się w sytuację bohaterów i nawet to, że piszę
teraz tę ocenę, jest formą mojej rzeczy trzeciej – jakoś trudniej pozbyć się
tej satysfakcjonującej myśli po przeczytaniu historii Agnieszki.
Och, oczywiście, że Poldek musiał sklecić
wiersz. I to jest kolejny taki mocno Poldkowy wiersz. Przypomniało mi się, jak
jeszcze notkę temu prosiłam o więcej – i więcej tu dostałam. Ale powróciła
chociaż na chwilkę też wspomniana wtedy melancholia. I po niej znów uczucie, że
za mało. Że chcę więcej. Niesamowite, jak tak dobra poezja może oddziaływać na
czytelnika.
Do każdego dopasowałaś tę trzecią rzecz,
nie wyciągnęłaś ich z dupy. Po Andrzejku niczego innego się nie spodziewałam.
Julek mnie troszkę zaskoczył, ale absolutnie nie zniesmaczył, natomiast sporym
zdziwieniem dla mnie był Olek i jego rozpoczynająca się przygoda z deskorolką.
Nie mam się do czego doczepić w przypadku
tego Postscriptum. Być może znalazło się kilka potknięć, ale to
drobnostki takie jak:
(...) ląduje w psychiatryku w kaftanie
bezpieczeństwa, na oddziale zamkniętym i pod stałą obserwacją – brak kropki na końcu zdania.
No i to by było na tyle.
10. NA BOISKU O PIĄTEJ
Marcin czasem miał ochotę powiedzieć:
tato, to nie twoja wina, ale nie wiedział, jak, nie umiał. – Coś mi w tym zdaniu zgrzyta i najprawdopodobniej jest to przecinek przed
jak.
Przypomniały mi się czasy technikum. Czasy
szkolne, w których też się nienawidziło chemii i wypowiadało się pod nosem
dokładnie taką samą formułkę: Ja pierdolę, jakie to życie jest do dupy przez
głupią chemię. Zdanie mocno mnie ujęło na tle personalnym. W ogóle
przedstawiony obraz szkoły pozwolił mi się cofnąć o te sześć lat i przypomnieć
sobie towarzyszące temu emocje. To było ujmujące. Piszesz w tym tekście
stylistycznie młodzieżowo, przekonująco, trafiając praktycznie do każdego
czytelnika. Przy tym poruszasz kontrowersyjny temat, jak to wszystko wygląda z
perspektywy młodego chłopaka, który właśnie jest na etapie upewniania się w
swojej orientacji seksualnej. Cieszę się, bo mimo tego, że daleko mi do tego
tematu, to jednak Twoja narracja ułatwia wczucie się w bohatera. Naprawdę
solidne rozegranie tematu.
To dopiero pech, mieć na lekcji erekcję, bo się myśli o tym, jak na poprzedniej lekcji widziało się Andrzeja prawie nago, i oczywiście lekcją po WF-ie musiała być matma, podczas której co chwila każdy idzie do tablicy, i człowiek próbuje nad sobą zapanować, zanim przyjdzie jego kolej, a powód tego problemu z panowaniem nad sobą siedzi obok, obojętny, niewzruszony, nieświadomy. W takich momentach życie było naprawdę do dupy.
(...) gdy się patrzyło na Andrzeja, jak
stoi, [przecinek zbędny] oparty plecami o siatkę, pije
łapczywie wodę z butelki, ma uniesioną głowę, przymknięte oczy i luźno
opuszczoną wolną rękę (...).
Fantastycznie radzisz sobie z mieszaniem
wątków. Jednocześnie czasy szkolne, miłość do Andrzeja i mama. Mama gdzieś tam
momentami, fragmentami, półsłówkami, na plaży czy w domu. Te fragmenty niczym
wypełniane dziury w pamięci Marcina wychodzą tak cholernie naturalnie, że
trudno od tego odejść.
– Ty, jak drut może być tak uszkodzony, że się nie nadaje do podłączenia do prądu? – zapytał, nie do końca pewien, czy to, o co pyta, ma jakikolwiek sens, ale tylko to mu przyszło do głowy. – To nie jest tak, że jak połączysz drut i prąd, to po prostu jest drut pod prądem?/ Andrzej wzruszył ramionami. Obaj byli z fizyki tak uzdolnieni inaczej, jak powtarzał fizyk, że nie rozpoznaliby przyspieszenia a jeden, choćby im nawet najechało na kopyta ciężarówką.
To jeden z tych cytatów, które zapadły mi
w pamięć i wywołały szeroki uśmiech. Natomiast dalej – było coraz dojrzalej,
poważniej. Przyznam się szczerze, że również z pobudek personalnych, w trakcie
czytania o ostatniej rozmowie Andrzeja i Marcina, gdy Marcin przypomniał sobie
reakcję taty na wiadomość o śmierci Filipa, coś we mnie pękło i zasmarkałam w
chusteczkę. Myślę, że to najlepszy dowód na to, iż piszesz, naprawdę wbijając
się w świadomość czytelnika. Uderzyła mnie ta melancholia, która sączyła się z
każdego kolejnego zdania aż do końca. Z resztą uderza mnie prawie tak samo przy
każdym Twoim tekście. Ta pisanina robi wrażenie, pobudza wyobraźnię i działa na
emocje.
„To moja sprawa, to moja sprawa, to moja
spraw” – sprawa.
11. WEEKEND Z FILOLOGIEM
(...) pewnie pozmywał, chyba też odkurzył,
bo przez jakiś czas słuchać było odkurzacz (...). – Słychać.
(...) i zrobiło się całkiem przyjemnie,
ale Remigiusz znów musiał zacząć się czepiać – Brak kropki na końcu
zdania.
– Poczekaj chwilę, zaraz gdzieś zjadę
–zgodził się Remek, po czym zsunął jego dłoń ze swojej nogi. – Brak spacji między półpauzą a zgodził.
I zwyczajnie chciałby, żebyś czasem
gdzieś ze mną wyszedł, na przykład tak jak teraz, do znajomych. – Chciałbym.
Nie lubię Andrzeja. Nie dlatego, że to źle
wykreowana postać, absolutnie. Ma paskudny charakter, choć jest w nim coś
ujmującego. Po Remku widać, że jest uczuciowy, potrzebuje stabilizacji,
miłości, zdrowego związku. Oczekuje tego od Andrzeja i mam wrażenie, że Remek
sam wmawia sobie, że jego partner go kocha. Myślę, że Andrzej jest zbyt
nieufny, samotny i zadufany w sobie, a przede wszystkim nierozwinięty
emocjonalnie. Po tym fragmencie zrobiło mi się strasznie szkoda Remigiusza:
Gdy Remigiusz rzucał, zupełnie znienacka,
bez uprzedzenia i w gruncie rzeczy bez powodu, bez sensu i bez potrzeby, te
swoje uczuciowe wyznania – najczęściej tuż po seksie, gdy człowiek właśnie się
w pełni odprężył i chciał przez chwilę spokojnie poleżeć, nacieszyć się tym
wewnętrznym rozleniwieniem albo po prostu zwyczajnie zasnąć i zebrać siły,
Remek wyskakiwał z kolejnym „kocham cię” czy „zależy mi na tobie”, zupełnie
jakby największą frajdę sprawiało mu rozbicie w drobny mak czyjegoś spokoju,
odprężenia i zadowolenia – albo gdy zaczynał, mniej lub bardziej wyraźnie –
ostatnio chyba coraz wyraźniej – dawać do zrozumienia, że też oczekuje jakiejś
reakcji, jakiejś deklaracji, jakiegoś odwzajemnienia, werbalnie i niewerbalnie,
swoich słów, przekonań i emocji – no, wtedy dopadało człowieka poczucie
naprawdę sporego dyskomfortu.
Jeśli Andrzej uważa potwierdzanie miłości
dyskomfortem, to nie zasłużył na nią. Nawet nie potrafi nazwać ich relacji
związkiem. Dlatego właśnie Andrzej jest postacią specyficzną, a jego charakter
oddać trudno – to strasznie złożona postać. Uważam, że udało Ci się ukazać tego
chłopaka z wielu perspektyw; jego rozbicie jest widoczne, a problemy i
odizolowanie od ludzi – denerwujące. To taki typ samotnika, który strasznie
irytuje, a jednocześnie fascynuje.
W tym ekskursie tak naprawdę ukazałaś
kontrast pomiędzy Remkiem a Andrzejem. Zdziwiła mnie nieco różnica wieku między
nimi – dwadzieścia lat to wcale niemało. Jednak ta niedojrzałość Andrzeja i
chęć matkowania jego partnera doprowadzały też do śmiechu. Szkoda, że Andrzej
nie dopuszcza do siebie myśli, że ten związek to faktycznie poważny związek,
pewnego rodzaju stabilizacja. Jednak bardziej zaimponował mi Remigiusz – tak
bardzo się stara, mimo że na pewno widzi reakcje jego partnera – często chodzi
mu tylko o seks. Remek jest dobrym facetem, takim trochę tatusiowatym. A
jednocześnie wzbudza sympatię, a jego starania o względy Andrzeja są urocze.
Tekst mi się spodobał; uważam, że to jeden
z lepszych, które wyprodukowałaś. Kontrast osobowości bohaterów mnie zachwycił,
było w tym coś ujmującego, choć przecież przedstawiłaś jedynie fragmenty
zwykłego, ludzkiego życia.
PODSUMOWANIE
Zacznijmy może, droga Ome, od poprawności,
bo z powyższej treści wynika, że wspomnienie o tym to już tylko formalność. Na
ogół jesteś poprawna. To, co znalazłyśmy, jest tak naprawdę drobnostką w
porównaniu z ilością opublikowanego materiału. Wiadomo, że ciężko jest wyłapać
wszystko za pierwszym, drugim czy nawet dziesiątym podejściem do tekstu.
Najczęściej spotykałyśmy podwojoną spację, na którą jest łatwy sposób – tuż
przed publikacją wybierz CTRL+F i wpisz w wyszukiwarce tekstu dwie spacje.
Każdą wysznupaną pozycje zamieniasz na spację pojedynczą i voilà! Jedna
drobnostka z głowy. Reszta to literówki, na które raczej nie ma innego sposobu
niż większa dokładność – czy to ze strony Twojej, czy betareadera (jeżeli z
takowym współpracujesz). Zasługujesz jednak na wielką pochwałę – były teksty, w
których nie wyłapałyśmy ani jednego błędu. Raczej im świeższy materiał, tym
mniej literówek, a podwójne spacje już prawie się nie zdarzają.
Jeszcze jedna, drobna uwaga: w niektórych
tekstach używałaś pauzy w dialogach, a w innych trzymasz się półpauzy.
Osiągnęłabyś lepszy efekt, gdybyś to ujednoliciła. Nie jest to oczywiście
niepoprawne – w grę wchodzi jedynie kwestia estetyki.
Zupełnie inną kwestią są powtórzenia
– często wykorzystywane jako świadomy zabieg stylistyczny, ale nieraz
napatoczyły się i takie, które spłycały zdania. Wyżej wymieniłyśmy te, które
zwróciły naszą szczególną uwagę. Sama zdecyduj, czy zależne są one od
stylizacji narracyjnej, czy też zgadzasz się na ich eliminację. Z tymi
powtórzeniami wiąże się również kolejny problem:
TAUTOLOGIA. Często odnosiłyśmy wrażenie, że w niektórych momentach zwyczajnie lałaś
wodę. Wydłużałaś zdanie, siląc się na tłumaczenie oczywistości, powtarzałaś
myśl, ewentualnie za mocno podkreślałaś pewne rzeczy, jak gdybyś chciała
upewnić się, że wyobraźnia czytelnika działa na najwyższych obrotach, a ta już
dawno zdążyła się przegrzać. Czasem w zdaniach następujących po sobie
zawierałaś taką samą puentę. To sprawiało, że zdarzało nam się wzdychać lub
miałyśmy ochotę zrobić w czasie czytania dłuższą przerwę. Dość upierdliwe było
to we Włóczykiju Polskim i w Od strony pierwszej do ostatniej.
Bardzo często piszesz długimi zdaniami
ze sporą ilością wtrąceń, wykorzystujesz wtedy przecinki, ale czasem przydałyby
się również myślniki i średniki, by posegregować myśli. Przykłady znajdują się
wyżej. Czasami dobrym wyjściem byłoby podzielenie zdania na dwa, czasami nawet
więcej. Niejednokrotnie kolosy te tworzyły klimat, ale zdarzały się momenty, w
których czytelnik najzwyczajniej w świecie głupiał. Znów nawiążemy do tego
olbrzyma z Priamela – dwieście osiemdziesiąt jeden wyrazów ekspozycji.
Co za dużo – to niezdrowo, naprawdę. Pod koniec nikt nie pamięta początku i
musi zaczynać od nowa, i jeszcze raz, i jeszcze. Swoją drogą, była to jedyna
upierdliwa ekspozycja, na którą zwróciłyśmy uwagę. Reszta tekstów to głównie
niemęczące, lekkie w przyswojeniu refleksje przedstawiające scenę za sceną –
jakbyśmy w przypadku Twojej prozy mierzyły się z naprawdę profesjonalnym
materiałem.
Zdarza Ci się odbijać od głównego wątku,
przez co niejednokrotnie miałyśmy wrażenie, że bijesz rekordy w sadzeniu
zbędnych słów na akapit. Jakbyś rozpoczynała jedną myśl, w połowie przypomniała
sobie o kilku innych, które czasem się zazębiały, a czasem nie – wtedy
zmieniałaś zupełnie temat, by na końcu znów wrócić do tego, od czego zaczęłaś.
Z jednej strony zaskakiwałaś koncepcją i wielowymiarowością, ale czasem było to
zwyczajnie irytujące, jak gdybyś pisała pod natchnieniem, a potem zostawiła
taki niepoukładany potok różnorakich myśli. Takie miejsca wskazałyśmy wyżej.
Tytuły twoich notek są zawsze
trafione. Absolutnie nie spoilerują, ale w zupełności oddają klimat i po
przeczytaniu wszystkiego, co opublikowałaś (a jest tego naprawdę imponująca
ilość), tytuły te pozwalają od razu skojarzyć, który tekst był o czym.
Nie są mylące, zapadają w pamięci i często są równocześnie i dosłowne, i
metaforyczne.
Natomiast musimy zwrócić uwagę na kwestię
spoilerów zawartych w samej treści. Momentami już na samym początku tekstu
było wiadomo, jak się on zakończy. Nie wiemy, czy istnieje wielu czytelników,
którzy zaczynają książkę od ostatniego rozdziału, w każdym razie są też
tacy, którzy chcieliby do końca czuć choćby lekkie napięcie i zainteresowanie. Tylko
na chwilę było pod tym względem najgorsze. Mogłaś na wiele sposobów
rozpocząć i w mniej oczywisty sposób opisać zakończenie związku Andrzeja z
Remigiuszem, jednak wybrałaś zaserwowanie nam na tacy informacji o niechybnym
finale tej relacji. Prawdopodobnie był to zabieg celowy, jednak pozostawił u
nas lekki niesmak po tekście, więc następnym razem lepiej by było, gdybyś
unikała tak oczywistych opisów przyszłości.
Nie można nie pochwalić Cię za tematykę. Poruszasz teksty związane z problematyką jak najbardziej aktualną. Fabuła
każdej notki dzieje się w czasach współczesnych, mamy więc bieżące realia, w
których łatwo się odnaleźć, łatwo je poczuć – umieściłaś bohaterów w jednym
mieście, tworząc wielowarstwową bazę powiązanych ze sobą charakterów. Większość
z nich mierzy się z podobnymi problemami ukazanymi z różnych perspektyw, gdyż
Twoje postaci właśnie takie są – jednocześnie podobne, bo należące do jednej
grupy (jednego otoczenia), ale bardzo od siebie różne ze względu na to, iż
ludzie zwyczajnie się od siebie różnią. I to udało Ci się ukazać w stu
procentach. Jesteśmy zakochane w każdej jednostce, w każdym charakterze, ale i
w całości, którą wykreowałaś. Chapeau bas. Nie ma sensu rozpisywać się o
każdej postaci z osobna, lecz – wierz nam – oczami wyobraźni byłyśmy dokładnie
tam, gdzie nas pokierowała narracja i bezproblemowo chodziłyśmy w butach Twoich
bohaterów. Przede wszystkim nie zlewali się; nie ma takiej siły, by dało się
ich ze sobą pomylić. Są wykreowani na medal, a jeżeli coś gdzieś zgrzytało, to
wspomniałyśmy o tym już wyżej, jednak były to raczej drobnostki, które nie
wpłynęły na ocenę ogólną.
Dodamy jeszcze, że świetnie wypadło
połączenie wszystkich tych kreacji na przestrzeni wielu tekstów – konsekwentnie
prowadzisz każdego bohatera w każdej odsłonie, rozwijasz charakter,
przedstawiając sytuacje z młodości i teraźniejszości, więc czytelnik może sobie
sam wszystko porównać i wyciągnąć swoje wnioski. Przy czym kierujesz tor myśli
na wnioski przeważnie ciepłe, moralizatorskie (w pozytywnym tego słowa
znaczeniu) oraz niejednokrotnie nostalgiczne. W czasie czytania czytelnik z
łatwością może nawiązywać i do swojego życia, do swoich doświadczeń. Piszesz
o ludziach – dla ludzi. Niby niczego nie podpowiadasz, nie wkładasz nam
opinii do gardła, ale opisy masz na tyle plastyczne, by każdego bohatera można
było zrozumieć. Chociażby dlatego naprawdę warto czytać Musivum.
Mamy do tego jeszcze
jedną radę, byś chociaż ułamkowo jeszcze bardziej wiązała ze sobą teksty, gdyż
(przykładowo) Poldek w jednym udowadnia, że maluje z mamą, a w innym nie ma o
tym słowa – dopiero na końcu pojawiło się zaledwie małe wspomnienie, które dość
mocno zaskoczyło oceniającą (nie miała ona do czynienia z Poezją Prostego
Filozofa). A przy tym jesteśmy o krok od wspaniałej konkluzji, że jednym z
większych plusów Twojej pisaniny jest możliwość czytania wyrywkowego –
pomijając Priamel, który warto przyswoić na początku. Resztę można
mieszać, dobierać i faktycznie nie trzeba trzymać się jednego szablonu, gdyż
wszystko tak niebanalnie ze sobą spoiłaś.
Wcześniej, zgłaszając bloga,
skonkretyzowałaś się i dostałyśmy dokładnie takie teksty, jakie zadeklarowałaś
w zgłoszeniu. Pisałaś głównie o złożonej psychice ludzkiej, psychologii;
humanistyce od strony naukowej, uczelnianej i codziennej; o seksualności.
Uświadomiłaś nas, że poruszasz tematykę LGBT, piszesz o relacjach
homoseksualnych, biseksualnych i heteroseksualnych. I owszem, na to się głównie
nastawiałyśmy, ale nie możemy przejść obojętnie obok faktu, że zdecydowana
większość jest o gejach. Do tej pory na 28 opublikowanych tekstów ponad
połowa dotyczyła męskiego homoseksualizmu. Biseksualizmu i
heteroseksualizmu nie było niemal wcale lub zanikały gdzieś w tej masie opisów
relacji męsko-męskich. I jasne, że nie ma nic złego w tym, że opisujesz takie
relacje – wręcz przeciwnie, udowodniłaś tymi tekstami, że relacje te mogą
niczym nie różnić się od żadnych innych. Nie ma lepszych czy gorszych, nie o to
chodzi. Doszłyśmy jednak do wniosku, że jest to zdecydowana większość i to
tworzy realny problem, na który zwróciłyśmy uwagę na przestrzeni wszystkich
Twoich tekstów – u Ciebie kobiet jest tyle, co kot napłakał. Czasem niektóre
oceniające odnosiły wrażenie, że w niektórych materiałach brakuje bohaterek, a
jeżeli się pojawiają, to nie są to aż tak dopracowane jednostki, jak to było z
dopieszczonymi do perfekcji, wręcz wymuskanymi pod względem przedstawienia
charakteru, bohaterami (pomijając zdecydowanie Agnieszkę, która wyszła Ci
genialnie, oraz Olgę, której jednocześnie było za mało). Odniosłyśmy czasem
wrażenie, że nie jest to przedstawienie równości. Lesbijek, przykładowo, nie
było u Ciebie prawie wcale. Szala przechyla się więc mimo wszystko na stronę o
problematyce męskiej, co po jakimś czasie zaczynało już nieco nużyć.
Jednakowoż obiecałaś gender, queer i
feminizm; Szczecin; eksperymenty z formą; historię i teorię literatury;
bibliopatię i księgozbiory; pisanie; książki istniejące i nieistniejące –
to wszystko miało miejsce. Szczególnie Szczecin – dopracowany, realny
Szczecin. Skoia nigdy nie była w Szczecinie, a miała wrażenie, że właśnie
tamtymi uliczkami spaceruje, że widzi ten dworzec, tę pętlę autobusową, ten
park… Żadnych zastrzeżeń. Forfeit za to zakochała się w opisie biblioteki Olgi.
Razem z bohaterką przechodziła obok każdego tomu ustawionego na kolejnej,
uginającej się pod ciężarem książek półce. Po mistrzowsku przedstawiłaś
wszystkie miejsca, w których działa się akcja. Masz bardzo plastycznie, obrazowe
opisy i tego Ci odebrać nie można.
Eksperymenty z formą – proza z przeróżną narracją, poezja, patchwork, relacja analizy blogowej
czy nawet tekst składający się wyłącznie z dialogów – Twoja kreatywność pod tym
względem jest rozbrajająca. Umiejętność tworzenia w tak wielu formach jest
okrutnie ciężka, a Tobie wyszło to idealnie. Widać, że świetnie czujesz się we
wszystkich rodzajach prowadzenia tekstu. Zazwyczaj autorzy muszą dopasowywać
bohaterów i świat do rodzaju narracji; Ty dopasowujesz narrację do reszty. A
zastosowanie tego wcale nie jest takie proste. Pokazujesz tak wiele za pomocą
tak przeróżnych środków, że ciężko przejść obok tego obojętnie. Jesteśmy pod
wielkim wrażeniem. Do tego każdy z tych tekstów ujmuje lekkością, prostotą
stylu. Coś à la Siesicka i Snopkiewicz – literatura jak najbardziej przystępna,
polska, taka zwyczajna, że aż przyciągająca, a gdy się zacznie, to nie bardzo
chce się odejść. Raczej sięga się po więcej.
Projekt Musivum zdecydowanie
zasługuje na WYBITNY (6). Prezentujesz naprawdę wysoki poziom – może
się komuś nie podobać tematyka czy stylistyka, ale jakość trzeba docenić. Długo
rozprawiać można by o wszystkich walorach i dokładać pozytywnych epitetów. Mamy
jednak nadzieję, że taka forma naszej pracy spełniła Twoje oczekiwania i że coś
uda Ci się z niej wyciągnąć na przyszłość; również że nie tylko Cię
połechtałyśmy, zostawiając bez ani jednej sensownej porady – czasem ciężko było
naprawdę do czegoś się „doczepić”, a nie na tym też ocenianie polega, by
doszukiwać się czegokolwiek na siłę. Powodzenia w dalszym pisaniu! Na pewno
jeszcze nie raz zajrzymy na Musivum i zobaczymy, co nowego słychać u
całej szczecińskiej ekipy.
Pozdrawiamy serdecznie i gratulujemy
najwyższej dotychczas noty na naszej ocenialni.
Podziękowania dla Bohaterki Realnej i
Dafne za betę :)
Miło widzieć w końcu tę ocenę na blogu.
OdpowiedzUsuńDziewczyny! Ogromnie Wam dziękuję za kawał ciężkiej pracy, poświęcony czas i energię, wszystkie uwagi - no i tak pozytywną ocenę ;) I jeszcze za to, że nie pogoniłyście "Musivum" mimo kilku miesięcy kolejnej zawieszki.
OdpowiedzUsuńChcę Wam porządnie odpisać na ocenę, ale zdołam to zrobić dopiero za jakiś czas (wolałabym nie określać, za jaki, zwłaszcza że zalegam już z paroma odpowiedziami na oceny i paskudnie się z tym czuję, a przez perfidną mieszankę masy pracy i problemów ze zdrowiem nadal nie mogę się wyrobić). Czy możemy się umówić, że po prostu za jakiś czas - możliwie jak najszybciej - odpiszę porządnie i odniosę się do poszczególnych uwag?
Jeszcze raz ogromnie dziękuję - no i szczęśliwego 2017, dużo ciekawych blogów do oceniania oraz pozytywów i radości także poza ocenialnią :)
Czekamy z niecierpliwością :)
UsuńSzczęśliwego 2017!
Dziewczyny, zaczynam – po ponad dwóch latach, ale lepiej późno niż wcale – odpisywać na ocenę. Będzie w kawałkach i z przerwami, ale wiem, że jeśli zacznę pisać i wrzucać fragmenty odpowiedzi, to jakoś dociągnę do końca; jeśli zaś będę czekać, aż napiszę całą odpowiedź, to skończy się tak jak z paroma innymi moimi odpowiedziami na oceny – ostatecznie ich jednak nie napiszę.
OdpowiedzUsuńPotraktujcie to zatem jako pierwszą część odpowiedzi. Kiedy reszta – nie wiem, ale mam piękny plan wyrobić się przed urodzinami „Musivum” (koniec marca).
Zacznę krótko, od kwestii dotyczących strony technicznej. Po niemal dwuletniej przerwie pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam, była zmiana szablonu – myślę, że wyszło to blogowi na dobre. Usunęłam nadmiar gadżetów; to, co zostało, stanowi według mnie konieczne i wystarczające minimum. Z tagami na dole spróbowałam dopiero teraz i przyznaję: wygląda to lepiej, kolumna nie ciągnie blogowej strony głównej w dół niczym starej gumki od gaci.
Czcionka: no, przyznam, że wszystko się we mnie broniło i burzyło, tylko że… na prywatnym blogu już od dawna używam Calibri. Zrobiłam próbę na „Musivum” i musiałam przyznać Wam rację: bezszeryfowa jest o wiele lepsza. Zmieniłam więc czcionkę wszędzie (interlinię też zwiększyłam, poza tym wymieniłam grafiki).
Cieszę się, że „Kilka słów o autorce” Wam się podobało; niestety w nowej wersji podstron usunęłam ten opis, bo uznałam, że za dużo odsłania mnie, a chcę, by widoczny był przede wszystkim tekst. Może też jakoś tamta forma autoprezentacji mi się przejadła. Niemniej dobrze wiedzieć, że lektura tych „kilku(set) słów” była miła.
„Notatnik autorski” – z tego w obecnej wersji strony też zrezygnowałam, przeniosłam się z notatnikiem w całości na Facebook. Mam wrażenie, że tam lepiej pasuje, ale cieszę się, że jego czytanie było przyjemne.
Jestem ciekawa, jak odbieracie tę nową szatę graficzną (Skoia pochwaliła, a to dobry znak :D). I dzięki za wszystkie uwagi techniczne, zwłaszcza za tę czcionkę – bez tych sugestii i przykładowego screena pewnie jeszcze długo bym się wahała, bo Times wydaje mi się taki… książkowy. Ale nie na blogu, zgadzam się.
Tyle na dziś – niewiele, ale to jednak jakiś pierwszy krok w odpowiedzeniu na ocenę. Porządnie podziękuję Wam, gdy skończę odpisywać, na razie tylko wstępnie: wielkie dzięki za tak uważne wczytanie się w „Musivum” pod wieloma kątami i pogrzebanie w nim czytelniczymi sztućcami.
Do zobaczenia w następnej części odpowiedzi :)
No to lecimy dalej z odpowiedzią (w końcu mam się wyrobić do Waszych urodzin).
OdpowiedzUsuńPRIAMEL
Cieszę się, że dobrze się czytało! Zdaję sobie sprawę z pewnej hermetyczności, zwłaszcza tego tekstu. Co do długości zdań – dziewięć lat temu była to moja wyraźna maniera, z czasem zaczęłam nad nią trochę panować (mam nadzieję). Myślę, że „Priamel” oberwał nią najmocniej, może też z uwagi na swój charakter. I niewykluczone, że rzeczywiście zrobiło się aż za bardzo wykładowo. To chyba wiąże się też z ekspozycją, a konkretnie z jej nadmiarem – możliwe, że zachłysnęłam się tym pierwszym tekstem i chęcią pokazania jak najwięcej jak najszybciej.
Co do kolczyka – ale wiecie, pamięć płata czasem dziwne figle, więc sądzę, że możliwe jest niekiedy przeinaczenie części ciała, na której coś się znajdowało, wskutek skojarzenia z czymś innym, z kimś innym.
Z jedną butelką macie rację; chociaż można się wstawić jednym kieliszkiem, ale na parę osób ta jedna butelka to za mało (zwłaszcza że nie każdy z bohaterów ma tak słabą głowę jak ja). Zapisuję sobie, by wprowadzić tam poprawkę – wsadzę Julkowi do plecaka parę butelek, żeby było to bardziej wiarygodne.
Co do disesla – myślę, że jeśli jednak ktoś zwykle jeździł benzynówką, to ropa (a tym bardziej nazwa diesel) może mu się tak od razu nie skojarzyć. W końcu są ludzie, którzy prawo jazdy traktują jako możliwość korzystania z samochodu jako środka transportu i poza tym, żeby auto jeździło, nic ich więcej nie obchodzi. I mogą nawet nie umieć wymienić opony albo ogarnąć jakichś podstawowych rzeczy.
Tak czy inaczej, zgadzam się, że tekst może być miejscami przegadany, miejscami hermetyczny, miejscami zbyt wyeksponowany. Wiem, że już do niego nie wrócę (poza butelkami wina i poprawą literówek), ale to też wskazówka dla mnie na przyszłość, by mniej hermetyzować, mniej proustować w zdaniach i mniej eksponować.
Na marginesie: jeszcze do wczoraj napisałabym, że przesadziłam z tym hermetycznym i może nawet nadmiernie naukowo-eleganckim językiem. Ale dziś nie. Bo wczoraj wieczorem byłam na wystawie, spotkałam znajomą i jej znajomych, i to nawet nie ze środowiska akademickiego, i nasłuchałam się wielu zdań w klimatach „Priamelu”, może nawet w jeszcze bardziej „uwznioślonych”. Uderzyły mnie wtedy trzy rzeczy: a) nie, jednak nie wymyśliłam sobie tego, humaniści jako pewne środowisko (przypomnienie od razu różnych innych sytuacji i rozmów) miewają nieraz tendencję do wybierania takiego języka, gdy rozmawiają, gdzieś się przecież nasłuchałam tego rodzaju dyskusji; b) z upływem lat nabrałam i coraz wyraźniej w sobie czuję pewną podejrzliwość do języka nadmiernie „uakademickowionego”, coraz bardziej przemawia do mnie styl prosty (ten z definicji retorycznych). Oraz: c) to trochę kwestia wieku, doświadczenia i obracania się w różnych środowiskach. Gdy mnie trochę porzucało po innych środowiskach, zmusiło do pomiksowania sposobów wypowiedzi i do obejrzenia mojego pierwszego zawodowego środowiska od kilku innych, mniej ładnych stron – język też mi się zmienił. W tej chwili, szczerze mówiąc, uważam „Priamel” za świetny (w sensie dopasowania do doświadczenia) zapis pewnego stanu świadomości i pewnego języka obecnych w danym momencie wśród tej grupy. Bo jednak część środowiska akademickiego się hermetyzuje, a ta młodsza jego część przynajmniej przez moment zachłystuje się (nawet jeśli tego nie wie) tym językiem, tym sposobem myślenia o rzeczywistości, tym podejściem. Potem się to zaczyna rozbijać – albo nie.
Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się w jakimś tekście (tekstach?) pokazać te rozbijania akademickiej formy – tym bardziej więc dzięki za wszystkie uwagi.
BO TO TWÓJ DOBRY KUMPEL
OdpowiedzUsuńNie zwróciłam uwagi na tę słomkę, chociaż mogło być tak, że przy ladzie się słomkę wsadziło, a przy stoliku – zdjęło, ale dzięki, w przyszłości będę bardziej oglądać te drobiazgi.
Język – chciałam tu stworzyć klimat bardziej nastoletniej, nawet nieco chaotycznej wypowiedzi, więc również zawierającej w sobie powtórzenia.
Tak, Michał lubi patrzeć na ścianę. Przeczytam w całości ten kawałek i prawdopodobnie dodam ścianę, żeby było jasne, na kogo patrzy. Chociaż teraz, gdy o tym myślę, wydaje mi się, że bohaterowie rozmawiali o ścianie, a uwaga Pawła o kocie była „do siebie”, więc raczej naturalne, że Michał w domyśle mówi o ścianie. Może jednak domysł jest zbyt w domyśle.
Co do sprawiedliwego podziału czasu: no ale to chłopaki tak sobie wymyśliły ;) Nie sięgam tu po żadną odgórną sprawiedliwość (ideę sprawiedliwości), po prostu oni sobie tak uznali. A to już prawo danego człowieka, interpretować po swojemu hasło „sprawiedliwy podział”.
Chodaki – tak,w Amsterdamie widziałam chodaki nienaturalnej wielkości, w sklepach poza takimi w ludzkich rozmiarach były też maleńkie i wielgaśne, jak dla olbrzymów (ozdobne, nawet przez chwilę rozważałam zakup). Właściwie były w niemal wszystkich rozmiarach, stąd uwaga Pawła. Rozumiem jednak, że poza tym kawałkiem nie piszę nigdzie więcej o holenderskich chodakach, więc może dziwnie zabrzmieć.
Gdy teraz patrzę na ten tekst, dochodzę do wniosku, że tego Amsterdamu jest tam w ogóle za dużo, nadmiernie mi się rozrósł. Natomiast co do zakończenia, nie do końca się zgodzę. Tak, znajomość się zatarła i racja, to życiowe; ale czy wszyscy żyli długo i szczęśliwie? To przecież nie jest żaden koniec historii, to koniec jakiegoś jej kawałka, a że spotkali się w takim, nie innym momencie, tak ten kawałek wygląda. Paweł nie wie o wielu mniej happyendowych sprawach Michała, nie opowiada też o codzienności z Moniką, a tam przecież też są bardziej i mniej zwyczajne spory. Poza tym nawet jeśli w tym momencie, gdy się spotykają, osiągnęli według siebie to, co chcieli, nie ma żadnej gwarancji, że za rok, dwa lata czy dekadę tego wszystkiego szlag nie trafi i rachunek nie będzie na minus. Więc nie, nie happy end; po prostu wybór pewnych elementów własnej historii, tych, które akurat pasują do dominującej sytuacji życiowej i dominującego nastroju.
STRONY
OdpowiedzUsuń„Pisarstwo wymusza wydobycie siebie w tekście (...) – Wydobywać można coś lub z czegoś, nie w czymś”.
To „w tekście” jest świadome – chodziło mi o to, że tłumacz wydobywa siebie, a miejscem, w którym dokonuje tego wydobycia się, jest właśnie tekst. Po Waszej uwadze zaczynam się jednak zastanawiać, czy taka interpretacja jest dla czytelnika jasna. Przemyślę, OK?
Słowa w nawiasach – one nie są uzupełnieniem czy doopowiedzeniem słów obok, tylko tym, co jest wypierane na rzecz mniej „niebezpiecznych” określeń.
„refleksję na temat imitatio . – Skoro używasz specjalistycznych słów, to lepiej by wyglądało, gdybyś wyjaśniła ich znaczenie”.
Tutaj raczej się stawiałam w pozycji Wiktora, który coś tam o imitatio na konferencji może i posłuchał, ale za dużo się nie dowiedział, a Olek prowadzi sobie refleksję o imitatio zupełnie bez zwrócenia uwagi na fakt, że słuchacz może nie kojarzyć, w czym rzecz. To nie byłby odosobniony przypadek, gdy ktoś osadzony w swoim temacie zakłada, że inna osoba, zwłaszcza z ogólnie podobnych kręgów, wie doskonale, o czym mowa, a ta osoba stoi i myśli: WTF? A Wiktora tu imitatio nie interesowało, po prostu dobrze mu się słuchało Olka (też bywa).
„Tapeta została pomalowana na ciemnoniebiesko (...) – Maluje się ściany, tapetę można nakleić”.
Raufazę (tę z takimi wypustkami) można malować. Miałam taką w większości dotychczasowych mieszkań i zawsze była malowana na jakiś kolor. Nienawidzę jej obecnie, ale nadal ją mam w przedremontowym salonie. Po remoncie – nigdy więcej. Ale malować można, bardzo ładnie przyjmuje farbę.
„Na dalszą metę, jak później stwierdził (...) – Na dłuższą metę”.
„Słownik poprawnej polszczyzny” podaje formę „na dalszą”. „Słownik języka polskiego” notuje obie formy, dalszą i dłuższą. Czyli jest OK.
Rozbawiła mnie uwaga o nielubieniu myślników, bo myślniki to ja właśnie lubiłam aż za bardzo, w którymś momencie musiałam się wręcz zacząć pilnować, by ich nie nadużywać.
„A potem szybkie, bardzo ciche małżeństwo i wylądowali w mieszkaniu, które wychodził dziadek (...) – Ale że jak wychodził? Zużył jak kapcie?”
Sięgnęłam do określenia używanego często w odniesieniu do załatwienia czegoś: wychodzić komuś coś, czyli załatwić, nachodzić się do osób mających znajomości i możliwości, by pomogli w załatwieniu. Gdy tak myślę o tym, co wiem i co słyszałam o PRL-owskich czasach, to „wychodzenie komuś czegoś” było raczej częstym określeniem. Zresztą jeśli sięgniesz do „Słownika języka polskiego”, też znajdziesz tam adnotację: „zdobyć coś usilnym staraniem, uzyskać coś chodząc gdzieś (np. do urzędów, sklepów) wielokrotnie”.
„(...) a pieprzyk po lewej stronie górnej wargi nadawał nietypowy urok. – A istnieje jakiś typowy urok?”
Powiedziałabym, że tak – że można uznać, że ktoś ma urok, tylko taki typowy, w sensie: typowa uroda, typowy uroczy element, jak dołek w policzku czy niesforny lok. Pieprzyki, zwłaszcza u kobiet, to mniej oczywista sprawa.
„w Internecie, który rodzice założyli po jego naleganiach i który sam opłacał. – Nie da się założyć Internetu. On jest, już istnieje”.
Zgoda, ale tu mówimy o dwóch rzeczach: a) o wspomnieniu z okresu nastoletniego, więc i przywołaniu pewnego języka, pewnych słów, które utkwiły w głowie; b) o potocznym określeniu, często używanym. Ja też mówiłam, że rodzice wreszcie założyli mi / zgodzili się założyć Internet, koleżanki na studiach pytały: jak nie masz Internetu, weź sobie wreszcie załóż.
„potrzebował tamtego wieczornego, do Anity”
Tak, zeżarłam słowo, powinno być pewnie „spotkania” albo „próby”, dopiszę.
„Odra była, jak Szczecin — chimeryczna. – Zbędny przecinek”.
No, niekoniecznie. To „jak Szczecin” widzę tu jako wtrącenie, nie porównanie; lepiej byłoby wprawdzie, gdyby były albo dwa przecinki, albo dwa myślniki, ale jeszcze pomyślę.
„(...) i uznał, że wreszcie doszedł do tego punktu, w którym z całą stanowczością może powiedzieć: tak, jest szczęśliwy. – Skoro używasz dwukropka, to jest to myśl/stwierdzenie Wiktora. Niestety podmiotem stwierdzenia sugerujesz, że mężczyzna mówi o kimś innym”.
OdpowiedzUsuńHm, muszę to sobie jeszcze raz dokładnie przeczytać w większym kawałku i najwyraźniej poprawić.
„Kiedy sobie poszedł, Olek spytał mnie z taką biednie zagubioną miną: „Ola, ale on próbował wyrwać ciebie czy mnie?”, a gdy mu wyjaśniłam, że i ciebie, i mnie, to się oburzył. – Słowa skierowane są do Wiktora, więc znowu pomylony zaimek”.
Niezupełnie: tu Olka niejako cytuje samą siebie i robi lustrzane odbicie słów Olka (ciebie czy mnie? A i ciebie, i mnie!), więc ten zaimek nie odnosi się do Wiktora.
„Pierwsze, co rzuca mi się w oczy, gdy czytam całość utworu, to pomieszanych tytułów. Pierwszy rozdział to Strony pierwsze, jednak opisujesz w nim głównie teraźniejszość, podczas gdy w Stronach środkowych na pierwszym planie jest przeszłość. Rozumiem, że aktualne zdarzenia są ściśle powiązane z tym, co działo się wcześniej i nie chciałaś mi wszystkiego od razu wykładać na tacy, pozostawiając nutkę tajemnicy (to się chwali), jednak te tytuły nie pasują do treści poszczególnych postów”.
Bo te tytuły nie odnoszą się w gruncie rzeczy do tego, o czym Wiktor wspomina, tylko bardziej do tego, co się z nim dzieje tu i teraz, jak przechodzi przez kolejne etapy tego nowego rozdziału „ciągle udaję, że w jakiś sposób jestem normalny”. Takie było założenie, on idzie po tych stronach swojego życia, a że akcja nie równa się fabuła, to i retrospekcje różnie się mieszają.
„Druga rzecz – nagminne zbaczanie z tematu. Potwornie mnie to męczyło przez całość lektury. Wiktor siedzi nad brzegiem Odry i myśli nad czymś usilnie, jednak co chwila pojawiają się kilkustronicowe retrospekcje, które mają mało wspólnego z głównym wątkiem i, choć ciekawe, wytrącają mnie z rytmu. Tych dodatków jest za dużo. Widać, że jesteś idealistką, chciałabyś mieć wszystko dopracowane, wyjaśnione i jasne jak słońce, jednak nagromadzenie niezwiązanych ze sobą wydarzeń jedno koło drugiego działa wprost przeciwnie”.
W dużej mierze wynika to z czegoś, co widzę jako charakterystyczne dla Wiktora: woli myśleć o czymś, gdy już to należy do przeszłości, niż gdy jest tuż przed nosem. Trochę w tę przeszłość ucieka, by sobie poradzić z tu i teraz; trochę przeczekuje, aż tu i teraz też się nieco zdezaktualizuje, bo wtedy łatwiej będzie o tym myśleć; a trochę zostaje sprowokowany do swoistego minipodsumowania pewnego etapu własnego życia, podsumowania, którego tak na bieżąco i chętnie nie robił.
Nie wykluczam jednak, że mogłam trochę popaść w nadmierną chęć pokazania wszystkiego i jak najszybciej, być może również przez to, że to jeden z pierwszy tekstów .
„Bardzo brakuje mi w opowiadaniu Olgi. Jest to osoba ważna zarówno dla Wiktora, jak i dla Olka i to dzięki niej mężczyźni w ogóle się poznali. Na chwilę obecną to chyba najważniejsza kobieta w życiu tłumacza i najczęściej się z nią widuje, a zepchnęłaś ją na sam margines opowiadania i więcej czasu poświęciłaś dawno minionym próbom budowania związku, przez co odczuwam duży niedosyt”.
Bo z kobietami Wiktor już sobie poradził, to w sprawach relacji z mężczyznami i w ogóle w sprawach „jestem gejem i mogę z tym żyć” ciągle ma największy problem. To Olek mu rozwalił pewną małą stabilizację, tak jak wcześniej Krzysiek. I to nie przyjaźń z Olgą wywołuje w Wiktorze niepokój, obawy, chęć ucieczki – tylko możliwość zakochania się w Olku. O tym przede wszystkim są dla mnie „Strony”: o powolnym dochodzeniu do punktu, w którym się przyznaje do swojej odmienności, a następnie z etapu „jestem taki” wkracza się w etap „i mogę z tym żyć, i daję sobie prawo do bycia z tym szczęśliwym”.
Ale obiecuję, że Olga jeszcze się pojawi i zajmie więcej miejsca (trzeci rozdział wciąż do napisania).
Na zakończenie tutaj: cieszę się, że mimo wszystkich zgrzytów w tekście Wiktor się podobał i jego praca też.
INNY
OdpowiedzUsuńLala miała mieć prosty – z punktu widzenia Michała czy osoby czytającej „Priamel” – sposób wypowiedzi, a może nawet bardziej myśli. Na co dzień, gdy używa się języka głównie w funkcji informującej i komunikatywnej, budującej relacje i przekazującej emocje, gdy nie ma się jakoś bardziej pogłębionej językowej refleksji (nie mam na myśli tego, że jest się głupim etc., po prostu osoby niepracujące z językiem zwykle mają mniejszą wiedzę i mniejszą refleksję dotyczącą tego języka niż osoby z nim pracujące, co nie pociąga za sobą żadnych negatywnych implikacji, po prostu język jest dla tych pierwszych przede wszystkim narzędziem do rozmawiania) – w takiej sytuacji język jest raczej prostszy niż bardzo rozbudowany.
I jeszcze coś: Lala może mówić naiwnie, nawet płytko z punktu widzenia słuchacza, co nie zmienia faktu, że może mówić cholernie mądrze i do bólu słusznie. O ten problem też mi chodziło: nieraz przez formę przekazu nie słyszymy jego treści. Jeśli słowa Lali są naiwne i płytkie w formie, to możemy tę formę nałożyć na wypowiadany sens. Więc niech Lala mówi nawet jak „słodka blondi” (definicja dowolna), to nie forma powinna warunkować naszą opinię o Lali, to treść wypowiedzi powinna o tej opinii stanowić.
A przecież jak bardzo ludzkie jest to, że forma nam treść przysłoni. Ani mnie to nie dziwi, ani nie oburza, sama też tak mam – dlatego Lala była dla mnie samej swego rodzaju humanistyczną spowiedzią. Bo ja w pułapkę Lali tak często przez lata wpadałam... Dopiero parę lat temu wyraźnie zobaczyłam, że się z niej uwalniam: gdy na moich urodzinach koleżanka spytała z niesmakiem, jak mogłam zaprosić inną koleżankę, która nie czyta i głośno mówi, że nie czyta, bo nie lubi, nie kręci jej to – wzruszyłam tylko ramionami i powiedziałam: ale wiesz, to fajna dziewczyna, lubię ją, jest sympatyczna i mam gdzieś, czy czyta, czy nie czyta, nieczytający ludzie też mogą być miłym towarzystwem. Po paru latach dopowiadam: niekiedy lepszym niż ludzie czytający. A przecież w okresie studiów, nawet w okresie doktoratu tak łatwo stawiałam znak „plus” lub „minus” przy kimś w zależności od jego „poziomu czytelniczego”. Dziś już umiałabym pójść z Lalą na drinka i świetnie się bawić cały wieczór – i przez chwilę nie pomyśleć, że jestem od niej lepsza. Ale musiałam do tego trochę dorosnąć. Michał też. A i tak jeszcze będzie wpadać (ja również) w dawne pułapki myślowe.
Cieszę się, że ta moralistyka musivowa nie przytłacza i nie jest zbyt nachalna. Nie lubię łopatologii i staram się jej unikać (jak mi to wychodzi, to już inna sprawa). A „Inny” z wielu powodów był dla mnie i sporym wyzwaniem, i ważnym tematem, więc dobrze wiedzieć, że wrażenia z niego były jednak głownie pozytywne.
No dobrze, tu na dziś skończę, bo już się zmęczyłam ;) Na zakończenie o tym, o czym świadomie nie wspominałam wcześniej: dziękuję za wskazanie wszystkich literówek, wpadek fleksyjnych i zawirowań składniowych. W najbliższym czasie poprawię; tylko nadprogramowe spacje już pousuwałam, przy okazji zmieniania czcionki. A, i ujednoliciłam długość myślników/pauz, bo rzeczywiście w starych tekstach było tak, w nowszych inaczej, teraz jest wszędzie tak samo.
Dziękuję zatem i do zobaczenia w kolejnym odcinku odpowiadania na ocenę :)
Nadciągam z drugą częścią odpowiedzi na ocenę – tym razem skończę!
OdpowiedzUsuńWŁÓCZYKIJ POLSKI
Wiem, że jest w tym tekście sporo okołopowtórek i maglowania niektórych wątków, i długaśnych zdań – starałam się z tego zrobić taki trochę strumień świadomości i „maglownicę myślową”. Nie tyle tłumaczenie czytelnikowi, ile tłumaczenie w głowie samemu sobie, bawienie się słowami, snucie takiej opowieści-o-sobie, nawet nieco chaotycznie. Po różnych reakcjach czytelników widzę, że efekt odbierany jest rozmaicie, i nic dziwnego. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś do takiej formy wrócę – zgadzam się, że może zmęczyć, o ile od razu nie chwyci klimatem.
„(...) po czym szedł dalej, odprężony i rozbawiony. – Usunęłabym ten przecinek. Mam wrażenie, że odbiera lekkość narracyjną”
No tak, tylko że „szedł dalej” to jedno, a „odprężony i rozbawiony” to drugie, bez przecinka staje się z tego stwierdzenie „zgaduj, czy szedł dalej i był odprężony, czy szedł i dalej był odprężony”. Zostawię więc.
„cisza lasu, niepowtarzalna cisza pełna różnorodnej muzyki”
Słyszałaś ciszę w lesie? ;) Szumy, dźwięki ptaków, szmer gałęzi pod stopami. Cisza w lesie jest ciszą z punktu widzenia człowieka, bo nie ma tam typowych ludzkich dźwięków. Te leśne dźwięki to właśnie owa muzyka.
„Nie wiem, dlaczego atmosfera Opowiadań z Doliny Muminków jest niepokojąca i co w tym zachwycającego”
To zachęcam do przeczytania :) Rozumiem, że ktoś może nie znać danej książki, ale też uważam, że nie mogę kastrować każdej opinii bohatera założeniem „oj, może któryś czytelnik nie zna tej książki”.
„bo jak niby mam wyobrazić sobie „przyjemność przewrotną”?”
Z określeniem „przewrotna przyjemność” spotkałam się już parę razu i nigdy nie wydało mi się ono dziwne. Samo odczuwanie przewrotnej przyjemności też nie wydaje mi się dziwne, szczerze mówiąc.
„Jeszcze — póki trwał marzec. A marzec jeszcze trwał. – Tak, trwał, bo przed nami jeszcze dwie notki o Wielkiej Ucieczce, a Michał wciąż wędruje. Te ostatnie zdanie jest dość irytujące w swojej logiczności. Widać, że wkładasz w tekst mnóstwo serca, ale przesadzasz i ocierasz się o grafomanię. Chcesz stworzyć coś wyjątkowego, lecz to jest jak pisanie o niczym. Jak taki Paulo Coelho level hard”.
Ale to jest mowa pozornie zależna, a nie wypowiedź narratora wszechwiedzącego. To nie wykładanie kawa na ławę „gdy pada, jest mokro” – to myśl Michała trwającym marcu. I nie tylko marcu jako miesiącu, również marcu jako pewnym stanie psychicznym.
„W gruncie rzeczy lubił deszcz w czasie wędrówki, więc szybko wrócił mu dobry humor; poczuł się nawet nieco zawiedziony, gdy przestało padać, ale dzięki temu przynajmniej mógł zdjąć z głowy kaptur, za którym nie przepadał. – Czyli pokomplikowałaś zwyczajne: „Mógł zdjąć kaptur, którego nie lubił, w czasie deszczu, który lubił” – to była pierwsza myśl, która wpadła mi do głowy po przeczytaniu tego zdania”.
No nie, mógł zdjąć kaptur, gdy deszcz przestał padać.
„Opisy natury poprzeplatałaś z czynnościami codziennymi jak jedzenie kanapek czy kąpiel w jeziorze, ale generalnie, przepraszam, nudzę się. Poprzedni rozdział bardziej mnie złapał za serce może dzięki jakimś interakcjom. Działo się więcej i przedstawiłaś chronologicznie przygotowania do wędrówki. A tutaj nie ma konkretnych scen, lecz powycinane momenty jakichś dni poprzeplatane z powtarzającym się opisem przyrody”.
Bo tak właśnie wygląda kwintesencja Michałowych marców.
Ha, i się wydało, że nie umiem liczyć, bo to trzecia część odpisywania, a nie druga xD No trudno, lecim dalej.
OdpowiedzUsuń„W części o mieście i rozmowach brakło mi samej rozmowy. Chociaż fragmentu. Wielokrotnie o nich wspominasz, opisujesz je, ale dowód w postaci faktycznej wymiany zdań również byłby mile widziany”.
Przypomnij sobie, że Michał wcześniej wspomina, co szczególnie lubi w marcach: milczenie, brak rozmawiania. Moim zdaniem przytaczanie rozmów rozbiłoby klimat, który chciałam tu skonstruować.
„Swoją drogą, w myśl, że gdy pojawia się karabin, to powinien on wystrzelić – Michał mógłby kiedyś odkopać ten wiersz o żelastwie”.
Ten wiersz mam od dawna napisany i owszem, ta strzelba wystrzeli – w innym, późniejszym tekście.
CZWARTE UDERZENIE
„W przypadku Andrzeja jestem też pewna, że mając takie doświadczenia i relacje z ojcem, absolutnie nie dało się tego rozwiązać w inny, mniej agresywny sposób, który zasugerował ktoś w komentarzach”.
Moim zdaniem też. Przede wszystkim dlatego, że w tym okresie Andrzejowi było jak najdalej od rozwiązań pokojowych.
„skupiony na dwóch kwestiach: przeżywaniu satysfakcji z tego, co zrobił – oraz przygotowywaniu się psychicznie na spotkanie z ojcem. – Nie rozumiem zastosowania półpauzy”
Chodziło mi o mocne rozdzielenie tych dwóch kwestii. Pierwsza cieszy, druga – no, nadchodzi ostra walka.
„Dopiero przerażony krzyk mamy, która wpadła do pokoju, pewnie zaalarmowana ich krzykami (...)– to powtórzenie nie wygląda na celowe i źle brzmi.
Andrzej z trudem opanowywał uśmiech, triumfalny, złośliwy, pełen pogardy uśmiech. – To również”.
Oba były zamierzone; w pierwszym przypadku może rzeczywiście nie brzmi zbyt dobrze, gdy teraz na to patrzę, w drugim natomiast to dopowiedzenie, jaki ten uśmiech jest.
PATCHWORK III: BETONOWY DEMON GENDER
„Dziwi mnie długość myśli na temat samodzielnego wykonywania pewnych czynności […] Jednak przeczucie to jest zapewne uwarunkowane tym, że „demona dżender” osobiście się nie boję, a wręcz przeciwnie – tańcuję w rytm jego melodii. Ostatecznie więc wychodzę z założenia, że innym ten fragment przyda się pewnie bardziej niż mi”.
I masz tu pełną rację, zdziwienie „ale ty tak sama?” dotykało mnie tylko u osób, które miały sztywną wizję jedynego właściwego świata, a demon dżęder był dla nich równie daleki jak Saturn.
Ad wpisu o tym, ile rzeczy się lepiej robi z babami – jasne, to było z przymrużeniem oka ze strony Agi ;) A przy okazji taka mała przypominajka, że nasza płeć jest fajna i pewne rzeczy najfajniej się robi z inną babą.
I trochę refleksja nad pewną uwagą od koleżanki ze studiów, sformułowaną tak: żałuję, że nie mogę być les, bo tyle widzę zajefajnych dziewczyn wokół, a faceci – tragedia.
Ad dotyku – a ja Ci dziękuję za wczytanie się w ten fragment i zrozumienie. Spotkałam się w którejś ocenie z zarzutem, że Aga się czepia bzdur i robi problem z czegoś, co nie jest problemem. Rzecz w tym, że: a) to może być problem i b) trudno to zrozumieć, jeśli się tego nie doświadczyło. A to jest problem, bo dotyk jest niemal zawsze naznaczony kulturowo i hierarchicznie, nie istnieje w formie „niewinnej”. Silniejszy dotyka słabszego, słabszy ma więcej punktów do dotykania (chyba że mamy do czynienia z kulturą, w której niższych się w ogóle nie dotyka, bo to hańba. Co też coś mówi o kulturowym naznaczeniu dotyku).
TYLKO NA CHWILĘ
OdpowiedzUsuń„żłopaliśmy dzierżone w rękach piwo. – Wszyscy mieli jedno piwo?”
Tu nie tyle puszkę/butelkę, ile piwo jako napój. Tak jak: piliśmy wczoraj wino. Każdy miał własny kieliszek. Piliśmy herbatę. Każdy ma kubek i saszetkę, herbata jako napój – jedna.
„Uniósł nieco brew, lewą – zauważyłem potem, że robił tak, gdy chciał okazać swoje uprzejmie pogardliwe zdziwienie, unosił tę brew lekko, na krótko, z wyraźnym przekazem „też coś” – bohater wyróżnia się umiejętnością szybkiego rozpoznawania emocji czy intencji, dokładnie obserwuje Andrzeja. Jednak tutaj zdarzyła się mała sprzeczność: Mniej więcej wtedy właśnie zacząłem go naprawdę uważnie obserwować. Mimo że był tak małomówny i wyraźnie wolał zachowywać jak najwięcej na swój temat tylko dla siebie, zdołałem zauważyć sporo rzeczy. – A wcześniej tylko się przyglądał? I jeśli już tak wiele wywnioskował na jego temat, to teraz ma zamiar wywnioskować jeszcze więcej? Nie wiem, czy to jeszcze możliwe”.
Nie widzę sprzeczności. Raz, „mniej więcej wtedy”, czyli trudno pokazać, kiedy dokładnie zaczęło się to uważne obserwowanie. Dwa, czym innym jest zauważanie czegoś przypadkowo, czym innym – świadome analizowanie i obserwowanie. Trzy, pamiętaj, że na wszelkie uwagi Remka ad przeszłości nakłada się jego wiedza z teraźniejszości, co oznacza, że bez względu na to, jakby się starał, nie zdoła w pełni powrócić do ówczesnej „czystej niewiedzy”. Pamięć płata figle, pamięć przerabia.
„A tu mi dwudziestoletni smarkacze, którzy w innych okolicznościach mogliby nawet być moimi synami, sami robili pierwszy krok. – Cały czas podmiotem jest Andrzej i to o jego przypadku piszesz, a brzmi, jakby Remek oburzony był zachowaniem każdego dwudziestoletniego geja”.
No bo uogólnia. Jak np. wtedy, gdy podczas urlopu odbieram jeden telefon służbowy i warczę: wszyscy mi wydzwaniają w wolny dzień.
„– Obejdzie się – mruknął rozbawionym tonem. Wyraźnie podobało mu się i moje zniecierpliwienie, i moje słowa, i moja – widocznie diabelnie wyraźna – ochota na niego. – Nie uważasz, że nieco przesadzasz z poziomem domyślania się u głównego bohatera? Andrzej go spławił i się uśmiechnął, a Remek wyciąga z tego dalekosiężne stwierdzenie, że chłopak nie tylko wie, ale i cieszy go ochota rozmówcy. To nie Harry Potter, tu nie istnieje legilimencja”.
OK, tylko teraz idziemy w drugą stronę – kasowanie bohaterowi możliwości wyciągania wniosków z cudzego zachowania. I jasne, te wnioski mogą być mylne, ale na bogów, przecież my to robimy cały czas i nie potrzebujemy do tego żadnego Pottera: uznajemy, że czyjaś reakcja znaczy to lub tamto, że czyjeś zachowanie wynika z tego lub owego. Remek robi tu zwykłą ludzką rzecz: po zachowaniu drugiej osoby coś sobie stwierdza. Dobrze, źle – nieważne, po prostu robi to samo, co większość innych ludzi: przypisuje rozmówcy jakieś myśli, emocje, zamierzenia.
„Remigiusza wyróżnia zwracanie uwagi na otaczający go świat. Jednak pojawiła się pewna rozbieżność – najpierw powiedział, że maj jest cudowny, a później, że paskudny – przypadek czy naprawdę ma zmienne upodobania?”
Ale, ale, przecież wyjaśnia, czemu tak powiedział. Część emocji sprawiała, że maj był cudowny, część, że paskudny. Co w tym dziwnego? Taka mieszanka odczuć to żadne novum.
„Jak na skończonego idiotę przystało, poczułem się idiotycznie szczęśliwy. – Jak zwykle po baraszkowaniu z Andrzejem jest szczęśliwy i zadowolony. Czy kiedykolwiek nie był? Nie sądzę. Przesada? Trochę bardzo”.
OdpowiedzUsuńPrzypominam, że to wspomnienia, co oznacza, że: a) mogą być przekłamane (jest taka świetna książka o tym, dlaczego pamiętamy tak, jak pamiętamy i dlaczego w gruncie rzeczy wcale nie pamiętamy tak, jak pamiętamy, bo nieświadomie przerabiamy swoje pamiętanie. Mogę pogrzebać i podrzucić tytuł, bo teraz oczywiście nie pamiętam, za to właśnie przypomniałam sobie, że pani, której ją pożyczyłam, nadal mi nie oddała. Aha, okładka była niebieska xD); b) są uogólnieniem. Plus fakt, że zaczęli od łóżka i łóżko głównie łączyło, więc moim zdaniem nic dziwnego, że w razie potrzeby stawały się takim argumentem numer jeden i absolutnym „jest dobrze, jest nadzieja”.
„Ciekawe jak on robił m.in. projekty grupowe na studiach?”
Gdy byłam na filologii, miałam raptem jeden projekt grupowy przez cały okres studiów. To jeszcze nie był czas wielkiej popularności projektów grupowych, przynajmniej na moim wydziale.
„Miałem prawo być przekonany [o jego zaangażowaniu]. Choćby – przede wszystkim – ze względu na to, jak nam się układało w łóżku. – To zabrzmiało, jakby seks był podstawą przywiązania do drugiego człowieka, a chyba nie to miałaś na myśli”.
Nie, natomiast tu jest podstawą przywiązania Andrzeja, w ujęciu Remka.
„Tak, to wyraźnie widać i to „dziecko” w ogóle nie znika. A potem Remek tłumaczy go młodym wiekiem – ma dziewiętnaście lat. Jednak sądzę, że już na tym etapie życia powinno się przynajmniej zachowywać jak dorosła osoba”.
Zdefiniuj, co rozumiesz przez dorosłą osobę, a okaże się, że każda z nas zna przynajmniej jednego człowieka, który w jakimś aspekcie tej definicji nie spełnia. Andrzej ma w sobie dużo dorosłości, gdy chodzi o poważne podejście do studiów. Ma w sobie dużo niedojrzałości, gdy chodzi o relacje. Nie widzę w tym niczego dziwnego, to ludzkie – a 19 lat, w ogóle ten okres początku studiów, to także czas sporych „przewalanek” emocjonalno-życiowych. Nie widzę zatem niczego dziwnego w tym, że ktoś, kto ma 19 lat, zachowuje się – z punktu widzenia 40-latka – jak dzieciak.
„Nawiasem:
No tak, on jeszcze był dzieciakiem, miał niepełną dwudziestkę (...) – Ale, ale…! Od ich poznania się i rekonesansu w aktówce minął już rok. Chcesz mi powiedzieć, że Andrzej poza idealnym ciałem, mięśniami, tyłkiem, czy co Ty tam jeszcze wymieniłaś, jest wampirem i nie postarzał się ani o dzień?”
Po pierwsze, Andrzej rocznikowo miał dwadzieścia (ur. w 1980), ale skoro był z listopada, to jeszcze mu sporo brakowało do jej ukończenia. Dwa, uwaga o wampirze wydaje mi się bezsensowna, bo jak bardzo miał się postarzeć chłopak w ciągu kilku miesięcy? (Nie, od ich poznania się nie minął rok, poznają się na początku 2000, w połowie grudnia rozstają). Trzy, uwaga o dzieciaku znów dotyczy poziomu emocjonalno-relacyjnego.
„W dodatku w XXI wieku nie potrafił obsługiwać komputera, co może wydawać się mało prawdopodobne jak na te czasy”.
OdpowiedzUsuńMamy tam rok 2000. To naprawdę był okres, gdy sporo osób nie miało komputera i/lub nie umiało go obsługiwać. Ba, jeszcze w okolicach 2010 na studiach doktoranckich patrzyliśmy z kpiną „jaki pan komputerek” na jedyną osobę, która na wykłady przynosiła laptopa. A 2000… rany, chodziłam wtedy do ciotki do domu, by nauczyć się zakładania folderów na informatykę, bo sama ani kompa nie miałam, ani folderów zakładać nie umiałam :D
„Bo przecież było nam razem dobrze. Bardzo dobrze. – Na pewno było Remigiuszowi dobrze, ale czy Andrzej nie wolałby innego życia? Takiej informacji nie uzyskujemy”.
Nic dziwnego, w końcu Remek patrzy przez pryzmat własnych przekonań ;)
„Ale jest jedna rzecz, która mnie koszmarnie zabolała już na samym początku i której nie jestem w stanie Ci wybaczyć: spoiler.
Czemu od samego początku piszesz, że ten związek się skończy?”
Bo cały tekst to wielka Remkowa retrospekcja i przez pryzmat świadomości „nie udało nam się” przetrawiane są wszystkie wspomnienia.
„nie zaczyna się książki od zakończenia. Czasem taki zabieg jest stosowany, ale nie podaje on wszystkiego czytelnikowi na tacy”
Po pierwsze, zaczyna się, czemu nie (polecam „Kamienny wyrok” Ruth Rendell, którego pierwsze zdanie to wyjaśnienie, kto kogo i czemu zabił. Opis całej historii pozwala zobaczyć, jak mocno wielostronna jest historia, choć można ją sprowadzić do tego jednego prostego zdania z początku). A czy tu jest na tacy? Na początku wiadomo, że się nie uda – ale to, czemu się nie uda, trzeba sobie wygrzebywać z tekstu. OK, rozumiem, że komuś może taki zabieg konstrukcyjny nie przypaść do gustu, natomiast nie zgodzę się z tym, że ta konstrukcja stanowi naruszenie zasad tworzenia tekstu.
I jeszcze jedno – co jest końcem? Zakończenie ich związku? Ale przecież nie z perspektywy miejsca piętnaście lat później, gdy zaczęło się i skończyło lub trwa tyle innych spraw. Ok, z perspektywy tej konkretnej wspominanej historii – jest koniec. Ale ten koniec jest filtrowany przez wspomnienia, ten koniec jest punktem wyjścia do przerobienia wszystkiego na nowo.
„A tutaj widzimy nadzieję, budowaną z czasem relację, dobre znaki i szansę na przyszłość tego związku, ale cały czas wiemy, że to się nie uda. Takie typowo dziecinne on zginie, gdy Twój kumpel zaczyna oglądać interesujący film, który już znasz. Zepsuło mi to kompletnie lekturę”.
Rozumiem, chociaż szkoda, że nie spojrzałaś na to z drugiej strony (dla mnie bardziej interesującej): wiesz, co, ale po kawałku dowiadujesz się, jak.
RZECZY TRZECIE
Cieszę się, że Ci się podobały – tylko tyle mogę powiedzieć, co nie zmniejsza radości :)
ALBUM RODZINNY. MATKI – POLA
„To zdanie jest bardzo ładne, świetnie skonstruowane, ale mimo wszystko wydaje mi się, że nieco przydługie. Ciężko czytać tak tasiemcowe zdania na jednym wydechu, prawda? Masz tu tyle wtrąceń, tyle informacji, a nawet cytujesz wypowiedzi, że aż ciężko przyjąć taką masę nowych wiadomości na raz”.
No bo to miał być taki strumień świadomości, z pewnym zmiksowaniem własnych myśli, cytowanych wypowiedzi i taką aż utratą powietrza przy wyrzuceni tego z siebie.
„Ładniej by wyglądało, gdybyś zaznaczała myśli na przykład kursywą. Byłoby to także bardziej czytelne”.
Być może, ale świadomie nie wyróżniam myśli kursywą. Skoro to narracja personalna, z punktu widzenia bohatera, to w moim przekonaniu jego myśli stanowią element „nieukursowiony”. Może się wtapiać w resztę narracji i mieszać z mową pozornie zależną, nie ma problemu.
OdpowiedzUsuń„posadziła najeżonego Poldka obok siebie przy stole i zaczęła wyjaśniać, tym razem wszystko i w pełni. – Wiesz, dzieciak w wieku dwunastu lat to trochę spory dzieciak. Nie wyobrażam sobie, żeby mama takiego chłopca musiała go usadzać przy stole”.
Ale nie mówimy tu o sadzaniu w sposób dosłowny, tylko o zajęciu z kimś miejsca. Nigdy nie zdarzyło Ci się powiedzieć o kimś np. „Posadziłam Ankę obok siebie i wysłuchałam jej opowieści o złym kredycie”? To nie znaczy, że wzięłaś Ankę na ręce, pacnęłaś na krzesło i przysunęłaś do stołu – mogłaś jej kazać usiąść, poprosić, wskazać miejsce ręką, przyciągnąć, natomiast powiedzieć mogłaś „posadziłam ją koło siebie”.
Ad braku uwag o malowaniu – fakt, może rzeczywiście zabrakło. Z drugiej strony weźmy pod uwagę, że „Album” to tylko niektóre wyrywki, więc tu akurat nacisk mógł paść na inne kwestie. Ale pomyślę nad tym, dzięki.
ALBUM RODZINNY: OJCOWIE – MIREK
„– Ale gdyby się działo – odezwał się łagodnie – to przyjdź i powiedz. Zawsze możesz przyjść i powiedzieć mnie i mamie, że coś się dzieje, wiesz? I my ci zawsze pomożemy. I zawsze będziemy cię kochać, wiesz? – Strasznie często w wypowiedziach bohaterów stosujesz celowe powtórzenia. Ma to na celu unaturalnianie dialogu, jednak momentami robisz to tak często, że czytelnik zaczyna się irytować, a dorosły bohater wychodzi na bardziej dziecinnego”.
Rozumiem Twoje odczucie, ale weź pod uwagę, że mamy tu scenę, gdy ojciec próbuje do czegoś przekonać syna, próbuje mu coś uświadomić, i powtórzenia mają na celu wbicie chłopakowi czegoś do głowy – tym bardziej gdy Mirek czuje się tak bezradny i jedyne, co wydaje mu się sensowne, to technika zdartej płyty.
„Wrzucisz sobie na Facebook, niech się twoje studentki skręcają z rozpaczy, że twój diabelnie przystojny brat jest już zajęty. – Facebooka”.
Tu nie poprawię, to wypowiedź bohatera, mógł sobie tak odmienić, tak jak Julek w swoim mailu mógł zeżreć wszystkie przecinki :)
„Oba teksty z albumu rodzinnego nawiązują do podejścia rodziców do ich homoseksualnych dzieci. I oba teksty napisałaś tak lekko, że na pierwszy rzut oka trudny temat staje się czymś normalnym, o czym można pogawędzić z koleżanką przy niedzielnej herbatce. I to jest w Twoich tworach świetne – przedstawiasz wszystko w tak prosty sposób, że nie czuje się podczas czytania żadnego zażenowania, urazy, że akurat taki wątek wzięłaś na pierwszy plan własnego tekstu”.
Dzięki, cieszę się z takiego odbioru :)
LEKCJA POGLĄDOWA O TWORZENIU ŻYCIA. WYDANIE BIBLIOPATYCZNE ULEPSZONE
„Największym plusem Lekcji poglądowej… jest to, jak opisujesz książki. Piszesz o nich z taką czułością, miłością… bez względu na rodzaj, każda jest wspaniała”.
I jeszcze raz wielkie dzięki – świetnie, że tę bibliofilię u niektórych bohaterów tak porządnie widać.
TYDZIEŃ Z ŻYCIA STUDENTKI FILOLOGII KLASYCZNEJ. UAM 2004
„Trochę chciała siusiu” – zamieniłam na mniej infantylne „siku”.
Ale rozmyślnie jest infantylne, zostawię.
„— „Resztkami sił odgarnąłem złotobladoniebieskowłosemu kosmyki od oczu”.
— Autorka miesza się w zeznaniach, przed chwilą najpierw było „blado”, a dopiero potem „złoto”. – Kocham cię za to, co tu naskrobałaś. Całym moim sercem”.
Przydało się wieloletnie czytanie analiz i popełnienie kilku własnych ;) Ten trójpalczasty Sasuke z wcześniejszego fragmentu to coś, co kiedyś sama męczyłam w analizie.
TRZY DNI, NOC I PORANEK
OdpowiedzUsuń„Konrad wie, że prośba o wybaczenie zdrady nie jest prośbą codzienną, taką, którą można wyrazić na każdym miejscu i o każdej porze. – W każdym miejscu”.
Ogólnie racja, ale tu jest zawoalowane nawiązanie do Mickiewiczowskiego „Do M…”, z tym: „Na każdym miejscu i o każdej dobie / gdziem z tobą płakał, gdziem się z tobą bawił” (w „Poezji prostego filozofa” tak samo).
DIALOGI HISTORYCZNO-KULTUROZNAWCZE
„Tym, co mogło razić, było to, że niemal każdy fragment kończył się seksem”.
A wiesz, że uświadomiłam to sobie dopiero po uwagach w ocenie? W gruncie rzeczy fakt. Hm… Do przemyślenia, do dopilnowania na przyszłość.
TO, CO SIĘ NIE MOŻE WYDARZYĆ
„A szczególnie zakończenie daje wiele do myślenia. I przez to jedno słówko w nawiasie zastanawiam się, czy dobrze odbieram ten ekskurs”.
To jestem ciekawa, jak odbierasz – i nawias, i fakt, że kropka, wbrew zasadom interpunkcji, jest przed nim. Zawsze mnie ciekawi, jak końcówka tego tekstu zostanie odebrana. To chyba najkrótsza rzecz, jaką napisałam na „Musivum” – i jedna z tych, z których do dziś jestem naprawdę dumna, przy których nie dopada mnie myśl „w sumie można było inaczej, lepiej”. To nie jest myśl, która pojawia się przy wielu tekstach, ale przy tym trzyma się twardo.
PUSTY PROSTOKĄT ZBIELAŁEJ TRAWY
Ad potencjalnej niemożliwości nabałaganienia, gdy ma się mało rzeczy: no co Ty, mistrzowie potrafią zrobić syf totalny przy użyciu jednego kubka i jednej skarpetki :D Poza tym Michał ma mało, ale sporo znosi np. książek z bibliotek.
„To cenię w Twojej pisaninie bardzo, ale to bardzo mocno. Życiówka na najwyższym poziomie”.
I to chyba jedno z tych podsumowań, które mnie najmocniej cieszy ad „Musivum”. Dzięki.
POEZJA PROSTEGO FILOZOFA
„zrymować cię z jakimś czulszym słowem, Andrzeju – Za długi jest ten ostatni wers. Źle się czyta. Złe wrażenie po sobie pozostawia.
Może:
i próbuję po nocy, bezradnie, bez celu
Zrymować cię z czulszym słowem, Andrzeju.
Może jeszcze być tak, że zrobiłaś to specjalnie, żeby pokazać, że w tym momencie podmiotowi wcale lekko ta sztuka pisania o Andrzeju nie idzie. Ale wcześniejsze wersy podmiot liryczny miał niczego sobie, więc to taki zabieg na raz, trochę bez sensu”.
Możliwe, ale dla mnie Poldek tu sobie rozjeżdża wierszolist i nie liczy sylab.
„Widać, że wierszolist w tej części miał być bez rymów, ale i tak Ci jeden wyszedł (nie)przypadkowy (rymowania-kochania), więc co szkodzi drugi?”
No właśnie wyszedł przypadkowy, a Poldek rzeczywiście robi sobie strumień świadomości, więc dodatkowy rym byłby moim zdaniem na siłę.
„chowając noce zbyt bliskie i imię
i te dwa słowa, co cię przerażają – nie mam pojęcia, o jakie imię chodzi. I po co je chować? Jeżeli imię ma należeć do podmiotu lirycznego, a bohater, o którym mowa, nie chce się do tego przyznać, to akurat ten fragmencik wyszedł tanio. Jakbyś akurat tu na siłę szukała rymu”.
Tak, imię należy do podmiotu lirycznego. Nie, rym nie był szukany na siłę, ale jeśli wyszło tanio – trudno (dlaczego, wyjaśnię zaraz).
Ad znaków interpunkcyjnych: Poldkowi zwykle nie pasują. Ale czasem pasują. Nie ma w tej kwestii jakiejś przemyślanej zasady, po prostu zwykle nie stawia, bo nie chce, a czasem postawi, bo chce.
I tu ad wyjaśnienia: dzięki za wszystkie uwagi dotyczące doszlifowania wierszy, z wieloma się zgadzam. Jedyny problem jest taki, że Poldek, jak sam stwierdza, jest grafomanem; jego pisanie wierszy ma charakter pamiętnikowo-refleksyjno-terapeutyczny, nie dąży do jakiegoś doszlifowania formy. Ot, gdy ma nastrój, to usiądzie, napisze, potem czasem przeczyta. Z tego powodu dopieszczanie tych tekstów, choć uzasadnione z punktu widzenia osoby bardziej wgryzającej się w poezję, wydaje mi się nieuzasadnione na poziomie grafomaństwa Poldka. Zwyczajnie nie chciałabym poprawiać tych wierszy – chciałabym zachować ich dyletancki charakter i amatorskie wpadki. Ale jeśli wywołały tyle refleksji i uwag również technicznych – myślę, że i tak zarobiły sobie porządny komplement :)
NIEPOTRZEBNE, ZBĘDNE, BEZSENSOWNE”. POSTSCRIPTUM
OdpowiedzUsuń„– Teraz sobie obejrzymy, jak Hiacynta pojechała na licytację do arystokratycznego domu i kupiła ohydne wino. – Pamiętam ten odcinek! Czy Hiacynta przypadkiem się tym stęchłym wińskiem wtedy nie upiła?”
Tak, zalała się w trupa! Kobieto, ja mam wszystkie odcinki na DVD :D
NA BOISKU O PIĄTEJ
„Marcin czasem miał ochotę powiedzieć: tato, to nie twoja wina, ale nie wiedział, jak, nie umiał. – Coś mi w tym zdaniu zgrzyta i najprawdopodobniej jest to przecinek przed jak”.
Ale ten przecinek jest tam jak najbardziej na miejscu: nie wiem, jak.
„Teraz po prostu mam do czynienia z drugą stroną medalu i mogę sobie wytłumaczyć, dlaczego właściwie Marcin u pedagożki pocałował Andrzeja. Gdy czytałam Czwarte uderzenie, wydawało mi się to trochę wymuszonym zachowaniem, a tutaj rozwiałaś wszystkie wątpliwości”.
O, to świetnie, cieszę się! A przy okazji znów mam małe potwierdzenie: jak inaczej wygląda ta sama historia, gdy patrzą na nią różni ludzie.
„To jeden z tych cytatów, które zapadły mi w pamięć i wywołały szeroki uśmiech”.
Czyżbyś też miała na fizyce w liceum bolesne spotkania pierwszego stopnia z przyspieszeniem a jeden? ;]
WEEKEND Z FILOLOGIEM
„Nie lubię Andrzeja. Nie dlatego, że to źle wykreowana postać, absolutnie. Ma paskudny charakter, choć jest w nim coś ujmującego”.
To nielubienie to chyba jeden z największych komplementów dla postaci. Ja dziękuję, Andrzej nie dziękuje. Można się było spodziewać.
Ok, to teraz PODSUMOWANIE
OdpowiedzUsuńPoprawność – ogólnie myślę, że rzeczywiście jest nieźle i cieszę się, że raczej to widać. Niestety moją zmorą są literówki. No i sprawdza się zasada, że w cudzym tekście łatwo namierzyć błędy, w swoim – w pewnej chwili przestaje się je widzieć.
Powtórzenia – staram się je stosować świadomie, bo jako zabieg literacki lubię. Przemyślę jednak i zwrócę bardziej uwagę na kwestię możliwych tautologii i wrażenia lania wody.
Długie zdania – już poprzednio o tym wspominałam, tak, to była moja maniera. Teraz już ją trochę opanowałam, zobaczymy w kolejnych tekstach, na ile.
Odbijanie od wątku – lubię dygresje. Ale Wasza uwaga sugeruje, że czasem lubię je za bardzo, czyli trzeba się bardziej pilnować.
Za to cieszę się, że tytuły odbieracie tak pozytywnie – ich wymyślanie to świetna zabawa. Ale ile tekstów miało najpierw tytuły robocze, na przykład [Remigiusz], [Konrad] czy [tytuł] xD
Kwestie gej/les/bi – tak, jest przewaga gejów i facetów, to prawda. Jeszcze parę lat temu trudniej mi się pisało o dziewczynach, choć jestem takie betą-dżędęr. Zamierzam nadrobić i wyrównać.
Na marginesie ad bi – to zresztą temat to któregoś tekstu – bi mają najbardziej przechlapane, i to nawet bardziej w kręgach nieheteronormatywnych, bo wydają się asekurantami, udawaczami lub wykorzystywaczami. To taka uwaga na boku, dygresja level hard.
„Szczególnie Szczecin – dopracowany, realny Szczecin. Skoia nigdy nie była w Szczecinie, a miała wrażenie, że właśnie tamtymi uliczkami spaceruje, że widzi ten dworzec, tę pętlę autobusową, ten park… Żadnych zastrzeżeń. Forfeit za to zakochała się w opisie biblioteki Olgi”.
Sko, jeśli będziesz kiedyś w Szczecinie, daj znać, służę za przewodnika! Forfeit, Olga przesyła buziaki za kochanie jej biblioteki :)
„Eksperymenty z formą – proza z przeróżną narracją, poezja, patchwork, relacja analizy blogowej czy nawet tekst składający się wyłącznie z dialogów – Twoja kreatywność pod tym względem jest rozbrajająca. Umiejętność tworzenia w tak wielu formach jest okrutnie ciężka, a Tobie wyszło to idealnie”.
No to się rozpłynęłam. Ogromnie się cieszę, że eksperymenty się obroniły i tym bardziej czuję się zachęcona do kolejnych.
„Piszesz o ludziach – dla ludzi. Niby niczego nie podpowiadasz, nie wkładasz nam opinii do gardła, ale opisy masz na tyle plastyczne, by każdego bohatera można było zrozumieć. Chociażby dlatego naprawdę warto czytać Musivum”.
I to jest dla mnie podsumowanie Waszego podsumowania, za które najzwyczajniej w świecie dziękuję.
To teraz ja podsumuję: jeszcze raz bardzo gorąco Wam dziękuję za przeczytanie wszystkich tekstów, za Wasze refleksje, analizy, wyłapywanie wpadek różnorakich, uwagi, pochwały i niezgody. Jak widać po moich komentarzach, w pewnych miejscach się zgadzam, w innych nie, w jeszcze innych trochę tak, a trochę nie, ale to nie zmienia istotnych kwestii: a) każda z Was jako czytelnik miała pełne prawo do własnych opinii, nawet jeśli gdzieś się rozmijamy jak dwie partie polityczne; b) poświęciłyście naprawdę dużo czasu i wykonałyście kawał roboty w ramach tej oceny; c) jestem wdzięczna za wczytywanie się w różne miejsca i wyłapywanie różnych spraw, które chciałam pokazać; d) zwyczajnie się cieszę, że „Musivum” zdobyło na WS tak wysoką ocenę (tak, nadal pękam z dumy) i przy wszystkich swoich słabościach wyszło obronną ręką. Dziękuję wszystkim razem i każdej z Oceniających z osobna za tę ocenę – i mam nadzieję, że moja opóźniona o dwa lata odpowiedź choć częściowo wynagradza Waszą pracę. Dzięki!
A na zakończenie:
„Na pewno jeszcze nie raz zajrzymy na Musivum i zobaczymy, co nowego słychać u całej szczecińskiej ekipy”.
Trzymam Was za słowo :D
O jej, ile komentarzy! Jak ja to lubię... ♥
UsuńPozwolę sobie omówić komentarze niektórych tekstów. Odpowiem na to, co jeszcze ewentualnie mogłybyśmy obgadać, głównie z tekstów, które sama oceniałam. BTW. do innych wróciłam już jako czytelnik. :)
Przejrzałam jednak wszystkie twoje komentarze wpierw dość pobieżnie przed rozpoczęciem swojego i wydaje mi się, że do części uwag będę miała tylko jedną odpowiedź. Dlatego może teraz napiszę, o co chodzi, a potem będę tylko pisać powyżej.
Chodzi o to, że mimo że uwielbiam twoich bohaterów i każdy wydaje mi się zupełnym indywiduum, i zdawałam sobie sprawę z tego, że w każdym tekście wisi jak byk mowa pozornie zależna, to jednak, właściwie nie wiem dlaczego, nie potrafiłam domyślić się, że tekst również technicznie zbudowany jest w sposób charakterystyczny dla danej postaci i jej perspektywy.
Być może spowodowane jest to tym, że tekstów, mimo że masz dużo, to jednak każdy z bohaterów ma ich o sobie i dla siebie dość niewiele. Spora liczba bohaterów sprawia, że każdy mnie interesuje, ale o każdym wiem jeszcze wciąż za mało. Nie wpadłabym na to, że te teksty o Michale są specjalnie rozległe, bo marcowe, bo Michałowy marzec przeżywałam tylko raz. Brakowało porównania, właściwie nie czuję, bym miała bazę, by w ogóle na to wpaść. Że o, być może to jest element kreacji postaci…
Jako że nie mam bazy, nie mogę nie wskazywać uwag i zaznaczać tego, co jest dla mnie dziwne i nieprzekonujące – jak na przykład interpunkcja w twórczości Poldka. W ocenie wypisałam wszystko, co zauważyłam, i na tego podstawie możesz wywnioskować, czy taki potencjalny czytelnik jak ja potrafi dostrzec kreację w formie, czy jednak w ogóle nie wpada na to, by się na to otworzyć, bo nie widzi drzwi.
Inny powód może być taki, że rzadko czytam o autorach, filozofach, twórczych humanistach. Za mało mam takiej literatury, większa część to zupełnie inne gatunki, stąd moje nieprzyzwyczajenie do tego, że twoi bohaterowie mają smykałkę do pisania, kreowania słowem, i każdy ma nie tylko swoją świetną historię czy stylizację, ale całkowitą narrację miniatury wraz ze stroną techniczną, mimo że to nie pierwszoosobówki. Bardziej uznałam, że to wszystko jeden styl – twój. Jasne, po mowie pozornie zależnej poznaję charakter bohatera, ale bardziej skupiam się na tym, o czym ona mówi, a nie – jak i nie umiem poznać, co jest wytłumaczoną manierą postaci, a co jakąś dziwną dziwnotą, która znalazła się w tekście przypadkiem. Stąd na przykład zarzuty do chaotycznej refleksyjności Wiktora; bardziej sądziłabym, że to ty za bardzo odpłynęłaś, niż że to element jego kreacji.
No to lecimy teraz z komentarzem właściwym.
Usuńimitatio – [powyżej]
Odra była, jak Szczecin — chimeryczna”. No, niekoniecznie. To „jak Szczecin” widzę tu jako wtrącenie, nie porównanie; lepiej byłoby wprawdzie, gdyby były albo dwa przecinki, albo dwa myślniki, ale jeszcze pomyślę. – Wtrącenia powinny zaczynać i kończyć się tym samym znakiem; przez to połączenie przecinek-myślnik w ogóle nie pomyślałam, że wtrącasz, raczej że coś ci się niechcący wstawiło.
Michał i lanie wody w marcu – [powyżej]
„Nie wiem, dlaczego atmosfera Opowiadań z Doliny Muminków jest niepokojąca i co w tym zachwycającego” – To zachęcam do przeczytania :) Rozumiem, że ktoś może nie znać danej książki, ale też uważam, że nie mogę kastrować każdej opinii bohatera założeniem „oj, może któryś czytelnik nie zna tej książki” – Zgadzam się, ale w Musivum (a szczególnie że, pamiętam, byłam wtedy po Priamelu) jest takich sytuacji dość sporo. W momencie Włóczykija… dopadło mnie zmęczenie.
„W gruncie rzeczy lubił deszcz w czasie wędrówki, więc szybko wrócił mu dobry humor; poczuł się nawet nieco zawiedziony, gdy przestało padać, ale dzięki temu przynajmniej mógł zdjąć z głowy kaptur, za którym nie przepadał. – Czyli pokomplikowałaś zwyczajne: „Mógł zdjąć kaptur, którego nie lubił, w czasie deszczu, który lubił” – to była pierwsza myśl, która wpadła mi do głowy po przeczytaniu tego zdania”.
No nie, mógł zdjąć kaptur, gdy deszcz przestał padać. – Tak, to wiem. Tylko pierwsze zdanie mówi o tym, że Michał lubi deszcz, a zaraz po nim następuje informacja, że Michał nosił kaptur, którego nie lubi. I pierwsza moja myśl brzmiała w tamtym momencie: czy to nie dziwne, że ktoś, kto lubi deszcz, psuje to sobie kapturem, którego nie lubi? Dlaczego?.
Bo tak właśnie wygląda kwintesencja Michałowych marców. – Często pisałam ci o tym, że uwielbiam Michała i boję się tego marca. Wiesz, że nie chciałabym go przeczytać, bo byłby bardzo przytłaczający, ale również nie chciałabym go przeczytać, gdyby był aż tak toporny stylistycznie jak ten marzec z Włóczykija…. Szczerze? W życiu nie pomyślałabym, że ktoś tak ciekawy i świetny jak Michał, mógłby mieć tak toporny styl, i od razu nachodzi mnie druga myśl: jak Sebastian z tym wytrzymuje? xD
Oj, myślałam, będę miała więcej do napisania, a tu już prawie kończę. :)
UsuńPOEZJA PROSTEGO FILOZOFA i interpunkcja – [powyżej]
„Marcin czasem miał ochotę powiedzieć: tato, to nie twoja wina, ale nie wiedział, jak, nie umiał. – Coś mi w tym zdaniu zgrzyta i najprawdopodobniej jest to przecinek przed jak”.
Ale ten przecinek jest tam jak najbardziej na miejscu: nie wiem, jak. – Ale we frazie nie wiem jak nie stawia się przecinka, bo to tylko pozorne, nierozwijane zdanie podrzędne złożone z samego zaimka. Przecinek stawia się dopiero przed dopowiedzeniem nie umiał, gdzie masz orzeczenie. W nie wiem jak go nie ma.
Na marginesie ad bi – to zresztą temat to któregoś tekstu – bi mają najbardziej przechlapane, i to nawet bardziej w kręgach nieheteronormatywnych, bo wydają się asekurantami, udawaczami lub wykorzystywaczami. To taka uwaga na boku, dygresja level hard. – No to teraz tym bardziej chcę o tym poczytać ;____; brzmi jak dobry motyw na konflikt fabularny.
Bardzo się cieszę, że jesteś zadowolona z oceny i że Musivum przeżywa drugą młodość. Nie masz pojęcia, jak wspaniale patrzy się na takie teksty po latach i widzi, że Autorka wciąż robi w ich kierunku. Tym bardziej fajnie, kiedy czytanie pozwala nie tylko odpocząć lub pozwolić wejść do czyjegoś życia z butami, ale też przekazuje pewne wartości. To jest świetne i oby nigdy się nie kończyło.
Gdy będę w Szczecinie, postaram się odezwać.
I również ślicznie dziękuję za komentarz, a nawet –e.
[do zobaczenia na docsie!]. :)
A to racja, tekstów może być nadal za mało, by dało się porównać większą porcję wypowiedzi bohaterów, ja z kolei o tym nie pomyślałam. No to zobaczymy, co uda się wybronić, gdy tekstów będzie więcej.
UsuńAd marca i Michała: tak, wiem, ja się trochę też boję momentu pisania o TYM marcu. Co do toporności stylistycznej - no, tu byłabym o tyle spokojna, że własny monolog wewnętrzny a tekst zapisany świadomie i świadomie szlifowany to dwie różne rzeczy, więc Michał w głowie może sobie robić te włóczykijowe rozciągajki, ale gdy usiądzie do pisania, i to w klimatach pozamarcowych, powinno być lepiej. Zresztą w kwietniu zobaczysz kawałek jego zapisków, co prawda nie beletrystycznych, ale zawsze, więc wtedy może być jakieś porównanie :)
No i ad kawałka z poprzedniego komentarza: cieszę się bardzo, że do innych wróciłaś jako czytająca.
A co do tego zmęczenia i za dużo - fakt, mogłam miejscami zbyt popłynąć ze skojarzeniami, tytułami etc. Czyli też do dopilnowania i zweryfikowania w kolejnych tekstach.
Ech, i dopiero teraz widzę kolejny koment, to lecę.
UsuńAd przecinka i jak - w zasadzie racja i w słowniku interpunkcyjnym też znajduję taki przykład, choć dotyczy to utartego zwrotu "nie wiadomo jak", a z drugiej strony przemawia do mnie uwaga Bańki stąd:
https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Nie-wiem-jak;12616.html
Uwierz, kwestia bi to temat na tragikomedię. I moje ukochane z ogłoszeń matrymonialnych na Kobiety Kobietom: "paniom bi z góry dziękuję!". Kocham dyskryminację w grupie dyskryminowanych.
Cieszę się, że Ty się cieszysz z tej drugiej młodości (patrz, na takie określenie nie wpadłam). Co do wartości - bardzo się cieszę. A po wylądowaniu w Szczecinie odezwij się koniecznie.
Tak, docs, pamiętam :D